“[...]żeby wyzyskać pewną całostkę” i, żeby móc później “zamknąć kompozycję klamrą” – jak zwykła mawiać moja ulubiona nauczycielka licealna, Pani doktor Chwedczuk – kontynuuję cykl utworów, które traktują o przemijaniu. Ten humanizm, którym przesiąkam gdzieś od końca podstawówki po dziś dzień, czyni mnie miękkim, “nie do życia”, jak powie Herbert ustami Fortynbrasa… Dlaczego to piszę? Bo nie potrafię zrozumieć dlaczego “nagle” wymierają ludzie, których ja osobiście szanowałem, albo byli szanowani na świecie… Kaczmarski, Trafankowska, Jan Paweł II, Lem, Kapuściński, Feldman, Kociniak, Jelcyn (o proszę, wchodząc na Wikipedię, dowiaduję się o śmierci Zakrzewskiego)… Dzisiaj rano dowiedziałem się o śmierci dawnego znajomego, stąd pewnie ten funeralny charakter tego wpisu. W życiu dwa razy płakałem po kimś kogo nawet osobiście nie znałem. Było tak w przypadku Kaczmarskiego i Lema, nigdy wcześniej, ani później (jak dotąd) się to nie powtórzyło… Ci dwaj panowie, byli żywymi legendami, co wcale nie znaczy, iż mniemam, że byli idealni czy święci. Czym są teraz? Martwymi ktosiami, których istnienie odnotuje pewnie historia, ale po latach będą dla ludzi tak samo mdłymi i rozmazanymi postaciami, jak dzisiaj chociażby bohaterowie “Kamieni na szaniec”… i myślę sobie, że jest to dalece niesprawiedliwe… Dzisiaj złamię swoją zasadę i zamieszczę tu dwa wiersze, bo pierwszy jest zbyt krótki i czułbym się źle, pisząc do niego tak długi komentarz…
Mentorzy (3.4.2005)
Jeden po drugim odchodzą Mentorzy
Pukają do bram Niebios coraz bardziej chorzy
Przekraczają ich progi z nadzieją
Chwilę potem ich dusze się radują i śmieją
Bo porzuciły marności ziemskie
I wyzwolone od niemocy
Czasem gdy ktoś pod osłoną nocy
Wspomni je
Pomagają mu prostą drogą kroczyć
Bezradność (18.12.2005)
“Jadą czterej Jeźdźcy jadą
wokól strach i plagi sadzą
a bezradność z tych plag jest najgorszą”
Ludzie się na słowa wieszcza gorszą
Głod zabiera ich najbliższych
Bóg ich plony niszczy
a jakiś nędzny poeta o bezradności mówi pośród zgliszczy
Piszę te słowa bo nimi wypełniona moja głowa
nimi krzyczy moje serce poruszone wielce
Nieszczęściem bliskiej osoby
Ten goryczy kielich
gdybym mógł bez wahania z nią bym podzielił
ale na nic me starania, bo już od dziejów zarania
były takie sprawy o których nie mówiło się nikomu
bóle które nie opuszczały serca kryształowego domu
a dom ten niczym klatka
słychać tam tylko szlochania z rzadka