Zawsze uważałem siebie za człowieka, z pewnym, niezbyt niskim ilorazem inteligencji. Zawsze… Dopóki nie próbowałem analizować poezji Norwida. Zawsze też myślałem o sobie, jako o człowieku, którego można by nazwać neoromantykiem, co się zresztą sprawdzało w toku nauki. Czytanie Goethego, Mickiewicza, czy Słowackiego, którzy są zmorą wielu licealistów, momentami sprawdzało mi przyjemność. Nie-Boska komedia Krasińskiego wprawdzie nieco mnie zawiodła, ale przebrnąłem przez nią bez większych perturbacji Czytając zaś wiersz pod tytułem Fortepian Chopina, pierwszy raz w życiu, nie rozumiałem, co czytam. Cóż, moja polonistka mówi, że poezja Norwida nie jest dla wszystkich, ale miałem prawo spodziewać się, że nieco romantyczne usposobienie i fakt, że sam bywam poetą, wystarczą aby wejść do uprzywilejowanego gremium znawców twórczości Pana C.K.N. Nic bardziej mylnego!
Pojawia się jednak pytanie czy liceum jest odpowiednim momentem do zapoznawania młodego adepta teorii literatury z poezją tak wymagającą. Może nie patrzę na sprawę obiektywnie, bo Norwid jest pierwszym polskim literatem, który zastosował coś, co dzisiaj nazywa się wierszem wolnym (w pewnym uproszczeniu, rozszerzenie wiersza bezrymowego, którym osobiście gardzę), wydaje mi się jednak, że Norwida można nazwać ojcem chrzestnym liberalizmu w sztuce polskiej. Dlaczego? Przyjrzyjmy się najczęściej stosowanym przez Norwida środkom artystycznym. Są to przemilczenia sygnalizowane rozmaitymi znakami interpunkcyjnymi pokroju wielokropków i myślników, jak też neologizmy artystyczne, oba te środki sprzyjają dowolności interpretacji. Jeżeli wynosi się na piedestał człowieka, który stwarza utwory, na tyle trudne w interpretacji, że niewielu ludzi może je zrozumieć, nie można mieć pretensji, że sztuka współczesna, jest co raz bardziej udziwniona.