Archiwum z Kwiecień 2008

Jednak mieszkam na wsi

środa, 23 Kwiecień 2008

Nad wstępem do tej recenzji zastanawiałem się już wczoraj. Miałem zamiar zacząć od tego, że nie spodziewałem się, aby dyrektor mojej szkoły (człowiek znany z konserwatywnych poglądów) zgodził się na to, abyśmy poszli na film, który zapewne według nadgorliwych promuje aktywność seksualną nastolatków.

Do rzeczy jednak. Od początku: czołówka. Zwykle ogranicza się ona do dużego napisu z tytułem filmu, a nazwiska odtwórców głównych ról są “wkomponowywane” w obraz. Twórcy Juno zaserwowali animację, która w zasadzie nic nie wnosi do filmu, a jeszcze okraszona jest piosenką, która szybko zaczyna irytować. Umieszczenie tego dziwnego tworu kilka minut po rozpoczęciu filmu trąci serialem.

Skoro zacząłem o muzyce, to powiem, że w dalszej części jest ona utrzymana w podobnym tonie, ale w jakiś dziwny sposób człowiek przyzwyczaja się do niej, a nawet stwierdza, że nadaje ona swoisty filmowi klimat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak piosenka końcowa, która odbiega od tego klimatu, ale bardzo przyjemnie się jej słucha

Komizm. Jak przystało na komedię, występuje. Trzeba go jednak podzielić na komizm sytuacyjny i słowny.Wartość pierwszego, znacznie przewyższa wartość drugiego, chociaż komizm słowny mógł się najzwyczajniej w świecie rozmywać przez totalnie beznadziejne tłumaczenie. Nie udało mi się zapamiętać żadnego naprawdę śmiesznego zdania, mimo że parę razy się uśmiechnąłem. Kolega miał podobne odczucia, a zwykle po naprawdę śmiesznych filmach, sypiemy cytatami przez co najmniej kilka dni.

Komizm sytuacyjny. Żeby ukazać, że istnieje, a jednocześnie nie zepsuć ewentualnego oglądania, przytoczę tylko scenę, w której Bleek smaruje uda antyperspirantem.

Realizm. Tutaj film wypada naprawdę nieźle. Po pierwsze, dialogi nie są na siłę cenzurowane. Po drugie, początek obfituje w kilka sugestywnych ujęć, które nie przekraczają granic dobrego smaku, a jednocześnie przemycają między wierszami pewną dawkę erotyzmu (vide spadające majtki Juno podczas retrospekcji stosunku). Po trzecie sylwetki bohaterów są wiarygodne. Juno – znudzona zwyczajnym życiem outsiderka; Bleek – nieporadny sportowiec; Leah (przyjaciółka Juno) – nastawiona typowo konsumpcyjnie laleczka.

Model rodziny w jakiej wychowała się Juno, także wydaje się być typowy dla USA: ojciec, który nie jest zachwycony wpadką córki, ale też nie wyciąga wobec niej żadnych konsekwencji z tego powodu; macocha, która nie pała do niej szczególną miłością, ale potrafi stanąć w jej obronie kiedy trzeba (USG) i przyrodnia siostra, z którą bohaterka nie czuje się szczególnie związana

Wypadałby w końcu nawiązać do tytułu. Otóż kino zafundowało nam dodatkową atrakcję w postaci gasnącego projektora. Stało się to wtedy, kiedy Juno miała poznać Marka i Venessę (obejrzycie to dowiecie się kto to). Obsługa kina otrzymała brawa. Jak długo żyję, nie słyszałem o podobnym incydencie. Mógł on wpłynąć na mój odbiór filmu i trudno powiedzieć czy nie wpłynął. W żadnym większym mieście nie mogłoby się zdarzyć coś takiego

Mam mieszane uczucia. Film nie powala, ale też nie jest tragiczny. Jeżeli zamierzacie na niego pójść to nie będę Was odwodził od tego zamiaru, ale tylko jeżeli znacie angielski na tyle dobrze, żeby odpuścić sobie czytanie napisów. Nie jest to jednak film na miarę Supersamca, mimo że odtwórca roli Bleeka, grał tam jedną z głównych ról.

Technika pisania recenzji

wtorek, 22 Kwiecień 2008

Tytuł przypomina temat lekcji języka polskiego, ale treść tego wpisu ma z nim w zasadzie tyle wspólnego, że faktycznie jest to artykuł podejmujący zagadnienia czysto teoretyczne. Postanowiłem odnieść się do komentarzy pod recenzją poniżej, a wybrałem ten sposób, bo jest bardziej widoczny.

Otóż, nigdy nie twierdziłem, że nie potrafię pisać recenzji. Przyznałem się tylko do braku doświadczenia w tej materii. Zdarza mi się czasem napisać coś zgrabnego, ale muszę mieć o tym pojęcie wykraczające poza wiedzę elementarną.

Filmy oglądamy wszyscy, jeśli nie w telewizji, to w kinie, jeśli nie w kinie to na komputerze. Gdziekolwiek byśmy je oglądali, to oglądamy je od dziecka, więc zakładając, że oglądamy jeden film tygodniowo (znam ludzi, którzy oglądają po kilka filmów dziennie, sam oglądam coś częściej niż raz na tydzień, ale takie założenie przyjąłem po pierwsze dlatego, aby wyłączyć z rachunku bzdurne seriale, a po drugie dlatego, żeby każdy indywidualnie i w łatwy sposób mógł moje szacunki odnieść do siebie choćby w przybliżeniu), po przeżyciu osiemnastu lat obejrzymy około 940 filmów, pomnożone przez 7 dni tygodnia, daje to 6570. Jeśli wyciągniemy z tego średnią daje to 3755 tytułów, które jako osiemnastolatek najpewniej obejrzałem.

Od kilku lat czuję się świadomym widzem. Toteż mój odbiór ruchomych obrazów nie ogranicza się do bezkrytycznego mówienia o nich. Nawet jeśli ogólne wrażenie było dobre. Po co te wszystkie obliczenia? Ano po to, żeby zestawić “doświadczenie” kinomana z doświadczeniem fantasty. Liczba przeczytanych przeze mnie książek o tej tematyce, z pewnością nie przekracza 20, w parę crpgów się grało, ale te, które udało mi się przejść od początku do końca, mogę chyba policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego, mimo że pochlebia mi zaproszenie do ekipy Wrót Wyobraźni wystosowane przez Frosta jakiś czas temu, nie czuję się osobą kompetentną, aby z takiego zaproszenia skorzystać. Dla niewtajemniczonych, Frost zlecił mi jako wprawkę i próbę napisanie recenzji serii Final Fantasy, ale nie sprostałem minimum formalnemu, jakie przede mną postawił. Po części dlatego, że w całości przeszedłem tylko siódmą i ósmą część serii, a w wiele innych nawet nie grałem. Nie bez znaczenia był tu też z pewnością mój sentyment do tych gier, który utrudniałby mi napisanie o nich czegoś złego.

Jutro idę z klasą na film Juno, więc o ile znajdę czas, podzielę się wrażeniami. ;) Aha, Frost, mam nadzieję, że nie zdradziłem żadnej tajemnicy? :roll:

Papież-playboy

niedziela, 13 Kwiecień 2008

Wbrew tytułowi, nie umiejscowię Benedykta XVI w środku wyuzdanej seksafery :P Jakiś czas temu wróciłem z seansu Nie kłam kochanie w miejscowym kinie i mówiąc szczerze nie jestem zawiedziony. Aż trudno uwierzyć, że autorka tak topornych dialogów, z jakimi mamy do czynienia chociażby w M jak Miłość, napisała coś tak świeżego i na czasie. Ale cóż, za produkcje kinowe lepiej płacą ;)

Teraz coś o obsadzie. Bardzo przyjemnie ogląda się Martę Żmudę Trzebiatowską w głównej kobiecej roli. Martwi mnie tylko to, że reżyserowie tak zaborczo pragną ją mieć w co drugiej produkcji. Oczywiście, to bardzo dobrze, bo ta pani ma urodę tak nienachalną, że można by ją oglądać codziennie. Problem polega na tym, że nie dalej niż za rok, pojawi się jakaś nowa pani, a koleżanka Marta pójdzie w odstawkę tylko dlatego, że przestała być trendy, albo miała zbyt mało znajomości.

Beata Tyszkiewicz – w życiu bym nie powiedział, że pierwsza dama polskiego kina, współczesny arbiter elegancji zgodzi się zagrać podstarzałą hipokrytkę, która mało, że lubi zajrzeć do kieliszka to jeszcze przegrywa w kasynie niewyobrażalną fortunę. Jak się za chwilę okaże, nie jest to najbardziej niestosowna rola w filmie

Piotr Adamczyk – rozumiem, że ktoś, kto nie tak dawno grał papieża, a nie czuje się w żadnej mierze świętym, a nawet chyba nie jest ojcem, chce się uwolnić od tego wizerunku, czy udowodnić swoją wszechstronność. Ale Fryderyk Chopin i wspomniany już Jan Paweł II z jednej strony i zubożały playboy z drugiej to trochę inna liga. Trzeba było aż tak? Nie wystarczyła rola Kornela w Testosteronie? Prawdę mówiąc byłem nieco zdziwiony widząc na sali kilkoro całkowicie siwych ludzi. Wszak większość z nich utożsamia aktorów z granymi przez nich postaciami. Gdyby się zanadto oburzyli widząc kim został ich “papież”, mogłoby to mieć kolosalne (, a nawet letalne) konsekwencje.

Sławomir Orzechowski – ta rola była jak najbardziej na miejscu. Aktor kojarzony z postaciami gangsterów potrafił się “poniżyć” i zagrać pantoflarza. Pantoflarza, który nie godzi się jednak ze sztucznością kreowaną przez jego żonę i podczas całego filmu wypowiada bodaj tylko jedną kwestię: “Dajcie wy mi wszyscy święty spokój”. Piotrek ucz się od filmowego taty ;]

Lech Wałęsa i Grzegorz Halama – pojawienie pierwszego jest więcej niż zaskakujące, zwłaszcza że następuje na końcu filmu i ciężko to uznać za reklamę dla filmu. Scenę z Halamą można porównać z epizodem u Wojewódzkiego w Testosteronie, śmieszny akcent, chociaż nie tak błyskotliwy, jak “Alicjo, w jaką miłość wierzysz?” Wojewódzkiego

Ogólnie film dobrze odmalowuje mentalność tzw. Warszawki, a także sposób myślenia i działania ludzi, którzy przyzwyczajeni do pewnego standardu życia, tracą grunt pod nogami w momencie zachwiania płynności finansowej. Kończy się tylko zbyt szczęśliwie, żeby skłonić do refleksji. Ale w końcu to komedia romantyczna.

A, jeszcze kilka słów o piosence promującej tę produkcję. Jest to zdecydowanie najsłabsza jej strona. Tekst pisała bodajże nawet Ania Dąbrowska, ale czy musiano go powierzyć Flincie i Zagrobelnemu? A przepraszam, ten pan ze swoją “Nieprawdą” (czy jak tam to szło) jest teraz bożyszczem nastolatek. :roll: I tym sposobem tekst mojej ulubionej polskiej wokalistki z kręgów niehip-hopowych ma szanse stać się większym obciachem niż Rubik…

Zmiany, zmiany, zmiany…

niedziela, 6 Kwiecień 2008

Stało się… I nie mówię tutaj o ślubie mojego brata, a raczej o moim mariażu z f-logiem. Część z Was pewnie zastanawia się cóż to takiego. Jak czytamy na stronie głównej owego serwisu, jest to “serwis blogerski o profilu fantastyki”

“Ale zaraz, gdzie tu u Ciebie fantastyka?” – słusznie oburzy się część z Was (wszak w dziale “fantasy” znajduje się jeden wpis, zapewne wątpliwej jakości choć nie mnie to oceniać) .

Otóż Proszę Państwa, do f-loga zaprosił mnie sam Frost i choć zareagowałem zgodnie z przedstawionym powyżej schematem, zaproszenia nie cofnął. Mało tego, wyjaśnił mi, że f-log bynajmniej nie wymaga od swoich blogerów pisania o fantastyce, a służy przede wszystkim zrzeszeniu ludzi, którzy są zainteresowani tą tematyką. A do tej grupy zaliczam się z pewnością.

No dobra, to jakie są widome znaki tego związku. Nie ma żadnych obrączek, bo wyglądalibyśmy z Frostem jak geje z Kaczorynki. Jest za to subdomena (http://f-log.pl/ickam), no i co widać blog się spolszczył. Dla mnie szczególnie ważna jest ta subdomena, bo adres ickam89.com wygasa oficjalnie z dniem dwudziestego kwietnia. Oznacza to, że wejście na f-log będzie jedynym sposobem, żeby dowiedzieć się cóż takiego znowu wymyśliłem. Chyba, że ktoś przedłuży mi domenę :P (ewentualni chętni mogą się zgłaszać po numer konta ;) )

Tak w ogóle – pamiętacie mnie jeszcze? :P