Archiwum z Listopad 2009

Semi-confession

poniedziałek, 16 Listopad 2009

Chociaż byłoby to nieładne z mojej strony, mógłbym tutaj wypunktować wszystkie cechy, które mnie odpychają od rodzaju ludzkiego. Mógłbym, bo wiele razy zapewniałem Was, że nie zawsze będzie tu ładnie, za to zawsze będzie “po mojemu”. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli już pozwalam sobie na “brzydkie” zachowanie, to nigdy bez powodu.

Już na tym etapie przewiduję , że mogę zupełnie niechcący zabawić się dzisiaj w moralizatora, co w wiele osób widzi źle. Przyznaję im rację, bo taki moralizator siedzi na stołeczku, czy też innym krzesełku, kisi się we własnych bąkach i serwuje mądrości w rodzaju “Jest tak, a tak być powinno…”

Żeby moja wina była choć odrobinę mniejsza, najpierw podzielę się z Wami tym, czego szczególnie nie lubię w sobie. Wybrałem dwie najbardziej irytujące mnie rzeczy, co nie znaczy, iż uważam, że posiadam jedynie dwie wady.

Pierwsza rzecz, to brak mądrości. Nie pogrywam z Wami w żadne gierki, ani nie jestem fałszywie skromny. Ludzie, którzy mnie znają zwłaszcza z różnych szkół, mówili nieraz coś w rodzaju “Jesteś taki zdolny i mądry”. O ile z pierwszą częścią tego zdania mogę się zgodzić, muszę z całą stanowczością zaprzeczyć drugiej. To, że uczę się dość szybko i łatwo, nie ma nic wspólnego z mądrością. Mądrość to zdolność widzenia tzw. szerszego obrazu, przewidywania konsekwencji własnych czynów, czy też następstw zaniechania pewnych akcji. W tej materii jestem równie wielkim ignorantem, jak praojciec Adam. Nie zdajecie sobie sprawy, jak często mówię sobie lub moim bliskim “Nie pomyślałem o tym” (pozdrawiam Maćka ;) ). Prowadzi to do intensywnych refleksji, które ostatecznie niczego nie zmieniają lub w najlepszym wypadku zmieniają dużo mniej niż bym chciał.

Druga rzecz, to ten patetyczny ton, którego teraz doświadczacie. Może on odstraszać. Czasami bardzo żałuję, że nie potrafię z ludźmi rozmawiać tak, żeby mieć stuprocentową pewność, że nie daję im wrażenia, iż próbuję udowodnić swoją wyższość. Niektórzy czują wręcz, że próbuję im wejść do głowy i ja może nawet próbuję, ale to samo tak wychodzi

Co mnie irytuje w ludziach (, a więc także i we mnie samymym)? To, że nie umiemy rozmawiać. Jeśli stwierdzicie, moi drodzy, że się powtarzam, przypominając mi tekst o Dziewczynie, to Wam powiem, że guzik prawda! Bo teraz mam na myśli, osoby które się znają, albo przynajmniej tak myślą. Bo, żeby się poznać, trzeba właśnie rozmawiać. To co robi większość z nas, to jest wymienianie się informacjami, względnie poglądami lub odczuciami. Niektórzy oprócz wymieniania się słowami, dyskutują, czyli uprawiają coś na kształt słownej szermierki, która ma z założenia prowadzić do wyłonienia zwycięzcy.

Czym wymiana i dyskusja różnią się od rozmowy? Jednym szczegółem, za to bardzo istotnym. Choćby chwilowym poczuciem więzi. Jeśli decyduję się z kimś rozmawiać, nie boje się słuchać o jego problemach, a wręcz tego pragnę. Prawdziwa rozmowa ma pewne cechy modlitwy i seksu. Z jednej strony, kiedy z kimś rozmawiasz zaglądasz w swoją duszę. Jesteś też gotów zgłębić duszę swojego partnera, tak jak byłbyś gotów zgłębiać zamiary dowolnego bóstwa, gdyby tylko raczyło zesłać Ci objawienie. Oprócz tego, rozmowa “od serca” jest doświadczeniem bardzo intymnym. Tylko zboczeńcy uprawiają takie rozmowy grupowo. ;) Mówiąc jednak zupełnie poważnie, dialog który można nazwać rozmową wychodzi najlepiej dwojgu ludziom, pod warunkiem, że oboje się starają. Na ile mi wiadomo, tak samo jest w seksie.

Puentą niech będzie stwierdzenie, że każdy czasem potrzebuje się otworzyć. Im wcześniej przestaniemy się tego wstydzić, tym lepiej. Upewnijcie się jednak, że jeśli ktoś już zdecyduje się Wam zaufać, to potraktujecie go tak dobrze, jak na to zasługuje.

Support appreciated!

wtorek, 10 Listopad 2009

Dzisiaj krótkie ogłoszenie parafialne. Biorę udział w konkursie fotograficznym organizowanym przez dailytech.pl. Proszę wszystkich chętnych o wsparcie mnie poprzez głosowanie pod tym linkiem .

Z góry dziękuję :)

Shaping reality…

czwartek, 5 Listopad 2009

Prawdopodobnie nie świadczy to o mojej poularności jako blogera zbyt dobrze, ale cieszę się z obu komentarzy pod wczorajszym wpisem. Po pierwsze dlatego, że są one najlepszym dowodem na to, że ktoś jednak czyta to, co tutaj wypisuje, po drugie zaś dlatego, że pochodzą od osób, z którymi, z różnych przyczyn, miałem ostatnio mocno ograniczony kontakt.

Tyle tytułem wstępu, ale nie będzie mniej ckliwie. Może być nawet trochę pretensjonalnie, ale skoro przeżywam tydzień nietypowych wyznań, niech tak będzie. Zobaczyłem dziś dziewczynę. Moją uczelnię można określić mianem sfeminizowanej, więc to raczej naturalne, że widuje osoby płci żeńskiej. Dziewczyna, nie była ani piękna, ani brzydka, ot po prostu przeciętna. Poza jednym szczegółem: promieniowała smutkiem.

Nie lubię negatywnych emocji wokół siebie, choć czasami sam sprawiam wrażenie człowieka zgorzkniałego. Zdobyłem się nawet na kilka słów skierowanych do Dziewczyny. Odpowiadała zdawkowo, wyraźnie pragnąc jak najszybszego zakończenia dialogu. Trudno się Jej dziwić, mało kto szczerze odpowie na pytanie “Czy wszystko w porządku?”, facetowi którego kojarzy najwyżej z widzenia. Z jakichś masochistycznych powodów, których nie umiem sprecyzować, chciałem podzielić troski Dziewczyny. Chciałem mówić jej, że “wiem jak to jest”, choć wiedziałem jak banalne jest to stwierdzenie. Miałem też świadomość, że nie wypowiem tych słów, dopóki Ona nie zaprosi mnie do rozmowy, chociażby przelotnym spojrzeniem.

Kiedy myślę o tym głębiej, dochodzę do wniosku, że chodziło właśnie o Jej oczy. Zwyczajne oczy (nie zapamiętałem nawet koloru), dodajmy. Jednak takie, które w swojej zwyczajności nie zasłużyły na cierpienie, które wyrażały. Patrzyłem na Nią długo, w nadziei, że i ona spojrzy, co nie pozwoli Jej uniknąć wznowienia rozmowy. Myślami jednak była na tyle daleko, że nie mogła mnie zauważyć.

Dlaczego piszę to wszystko? Tego bloga czyta moja rodzina, znajomi, być może też przypadkowi internauci. Po co miałbym zapraszać ich do snucia teorii o tym, że prawdopodobnie znowu zakochałem się bez sensu. Takie teorie mogłyby przecież powstać nawet, a może szczególnie, gdybym temu stanowczo zaprzeczył. Poza tym, przyznanie się do wrażliwości tego rodzaju, jest dziś strzałem w stopę. Wielu z chęcią okrzyknie mnie psychopatą lub w najlepszym wypadku człowiekiem nieprzystosowanym do panujących realiów. Wychodzę jednak z założenia, że to my powinniśmy kształtować realia, a nie realia nas.

Dziewczyna zupełnie nieświadomie sprawiła, że doszedłem do wniosku, iż sytuacja, w której boimy się rozmawiać z drugim człowiekiem, nie jest dobra. Może być uzasadniona, nawet ogólnie akceptowana i praktykowana, ale nigdy naturalna. I tym przemyśleniem musiałem się z Wami podzielić.

Jeśli ktoś dobrnął do końca tej nomen omen żałosnej historii, zapraszam do rejestrowania się na blogu. Dzięki temu, drogą mailową, będziecie dostawać powiadomienia, o nowym marudzeniu prosto spod moich palców :)

Praise may be to Sailor Moon!

środa, 4 Listopad 2009

Oryginalnie ten wpis miał wylądować na flakerze, czyli na mikroblogu, z którego mój wycinek widzicie z boku. Podobnie zresztą jak przycisk “Dodaj do śledzika” i inne niewiele znaczące zabawki. Rozpisałem się jednak na tyle, że stwierdziłem, iż wklejanie takiego tekstu na flakera zaprzeczy jego idei. Zacznijmy jednak od tego, że muszę się Wam do czegoś przyznać. Po tym wyznaniu pewnie niektórzy stwierdzą, że jestem gejem, lub że mam inne zaburzenia psychiczne. Otóż w dzieciństwie bardzo chętnie oglądałem Sailor Moon, znaną w Polsce  jako Czarodziejka z Księżyca. Gdy zobaczyłem tę dziewczynę, moje serce zabiło szybciej.

Generalnie nie jestem zwolennikiem ekstensywnego makijażu, a w wielu sytuacjach wręcz jest on dla mnie rażący i nieuzasadniony, jednak w tym wypadku jest to nie tylko makijaż, lecz kreacja, która wymagała nie tylko urody, ale także kompleksowego przemyślenia. Gdyby przypadkiem okazało się, że wśród moich czytelniczek są fanki ekstremalnych metamorfoz, wklejam także film z youtube’a, w którym krok po kroku, ta niebrzydka skąd inąd dzierlatka, pokazuje w jaki sposób osiągnęła efekt końcowy( muzyka pozostawia wiele do życzenia, ale najwyżej ją wyciszycie, a jak mawia mój kolega z grupy “nie moszna mieć wszystkiego”) .

Jak widać w “podobnych filmach” Michelle, o ile to jej prawdziwe imię, specjalizuje się w tego rodzaju przebierankach (choć jest to słowo pozbawione szacunku, jaki zyskała sobie u mnie, stając się moją ulubioną bohaterką z dzieciństwa).

Na koniec pragnę przeprosić, jeśli to co dzisiaj napisałem brzmi bełkotliwie. Wiecie, między jednym kolokwium, a trzema następnymi, banalne rzeczy przestają być takimi. Podkreślmy to jednak ponownie

Chwała niech będzie Czarodziejce z Księżyca!

… i jej żywemu obrazowi. ;)