Archiwum kategorii ‘kultura’

Agnostic Proclamation & jubilee

sobota, 17 Styczeń 2009

Kilka czynników skłoniło mnie do przemyśleń na temat religii. Celowo podkreślam, że nie mówię o wierze, a o sformalizowanych spojrzeniach na transcendencję. W związku z tym wszelkie posądzenia o ateizm są bezzasadne. Jeżeli w ogóle można będzie uznać ten tekst za jakikolwiek manifest, to niechże to będzie manifest teizmu agnostycznego.

Dlaczego określam to tak dokładnie? Ano dlatego, że rzadko zdarza się, aby moje poglądy mogła w pełni odzwierciedlić jakakolwiek definicja. W omawianym przypadku tak właśnie jest. Za wikipedią (z hasła Ateizm): Teizm agnostyczny stwierdza, że niemożliwe jest poznanie boga ani dowiedzenie jego egzystencji (lub jej braku), ale zachowuje teistyczną wiarę. Kryterium odróżniającym słaby ateizm od agnostycyzmu jest więc odrzucenie wiary. Uzewnętrzniam to wszystko teraz, bo w jakimś programie informacyjnym usłyszałem o sloganie reklamowym, który można zobaczyć na brytyjskich autobusach: Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem.

Ja nie jestem tak radykalny w swoich poglądach, chociaż dla wszystkich ortodoksów religijnych jestem z pewnością szatanem, a dla ateistów, tchórzem. Tak jednych, jak drugich zapewniam: to kwestia wyboru.

Kolejnym powodem do refleksji tego typu było odgrzebanie starego wywiadu z Eldoką, w którym wypowiada on następujące słowa: Jestem Muzułmaninem i forma, jaką ta religia przyjmuje, jest najbardziej adekwatna do tego, co ja czuję, jak powinno się traktować relację między człowiekiem a Bogiem. Nie potrzebuję żadnych pośredników. Wystarczy Święty Koran, ja i to, co myślę.

Nie wiem zbyt wiele o islamie, więc nie będę się kłócił przyjmowanymi przez tę religię formami traktowania relacji z Bogiem, ale zasadniczy problem polega na tym, że ekumenizm lansowany głównie przez kościół katolicki, gwarantuje innym wyznaniom tolerancję, nie zaś równoprawność. Trzeba tu nadmienić, że katoliccy duchowni podkreślają na każdym kroku, że tolerancja nie jest synonimem akceptacji. Funkcjonujące w świadomości zbiorowej przeświadczenie, że każdy dobry człowiek pójdzie do nieba jest raczej elementem folkloru ludowego niż którejkolwiek z religii. Radykalne modyfikowanie założeń którejkolwiek z nich, budzi oburzenie społeczności lokalnych, ale te same społeczności pozwalają na niewielkie, ich zdaniem, zmiany, byleby tylko pozostały ich suwerenami. A stąd już prosta droga do powstawania licznych, radykalnych odłamów lub, jak kto woli, pospolitych sekt.

Grzechem czynienia z zaświatów, sfery przeznaczonej wyłącznie dla wyznawców określonych nurtów, obciążone są jednak zbiorowe sumienia wszystkich istniejących kościołów. Zabawne lub tragiczne jest to, że religie monoteistyczne mają te same fundamenty, a różnice które dzieliły je przez tysiąclecia, w skali zbawienia są niuansami.

Dzisiejszy tekst jest setnym, więc pora na małe podsumowanie. Jako że i tak dziś się rozpisałem jak nigdy, będzie ono naprawdę krótkie. Otóż, dzisiaj przejrzałem zamieszczane tu notki i ze zgrozą stwierdziłem, że ich lwia część nie trzyma się kupy pod względem gramatycznym. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę. ;)

Gombrowicz i kosmopolityzm

niedziela, 7 Grudzień 2008

Nie każdy musi być patriotą… Świat złożony z samych patriotów byłby nudny, przyznaję. W dzisiejszych czasach, w dobie ONZ, UE i NATO granica między patriotyzmem a kosmopolityzmem zaciera się. Kocham swoją ojczyznę, bo jest jedna, ale jeśli zapytacie o moje obywatelstwo to powiem, że czuję się nie tylko Polakiem, ale też Obywatelem Świata.

Chwilowo dosyć jednak o mnie, bo Gombrowicz z tytułu wyraźnie domaga się naszej uwagi. Tak, naszej… Nie tylko mojej, bo jeśli to czytasz, też powinieneś / powinnaś się na nim skupić, bo piszę o rzeczach, które winny być ważne dla każdego człowieka.

Otóż miał Gombrowicz tego pecha, że żył w czasach obu Wojen Światowych. Jak się zachowywał w trakcie pierwszej, trudno powiedzieć. W momencie jej wybuchu miał ledwie dziesięć lat. Za to w przeddzień drugiej był już statecznym mężczyzną i zrobił najgorsze, co mógł zrobić – wyjechał. I to nie po to, aby być ambasadorem sprawy polskiej, a po to, żeby ratować skórę.

Traktowanie ojczyzny jako formy, napiętnowanej z zasady w Ferdydurke trąci, za przeproszeniem, Różą Luksemburg, czy Feliksem Dzierżyńskim i jest, w moim mniemaniu, dalece bardziej niebezpieczne niż poddawanie się jej.

Inna sprawa, że urodził się Gombrowicz w narodzie megalomanów, którzy sami doprowadzili do upadku własnej państwowości, stawiając interesy prywatne ponad dobrem państwowym, a mimo to zachowywali się ciągle tak, jakby ich pozycja była mocarstwowa.

Nie dziwi zatem stosunek pisarza do anachronicznej kultury szlacheckiej, a sposób, w jaki go manifestował. Człowiek szanujący ojczyznę (celowo nie używam kategorii miłości), może piętnować mentalność współobywateli, ale powinien wspierać ich działania w zakresie obrony i ewentualnej odbudowy wspólnego domu. Mogłoby to zaowocować pozytywnymi zmianami w postrzeganiu siebie i innych. Niestety, nie zaowocowało.

Gombrowicz: karykatura socjalizacji

sobota, 6 Grudzień 2008

Dzisiaj zaserwuję Wam notę luźno powiązaną z teorią literatury i z socjologią. Otóż, książki Gombrowicza to książki trudne, ale również książki które realizują szczytny cel: pokazują, że poddawanie życia społecznego jakimkolwiek formom może być niebezpieczne. Problem w tym, że są całe rzesze ludzi, których przejaskrawienie doprowadza niemalże do wymiotów. Sam nie dokończyłem ani Ferdydurke ani Trans-Atlantyku, ale w trakcie omawiania obu lektur, zobaczyłem cel tych udziwnień: ośmieszenie procesu socjalizacji poprzez pozorną akceptację skrajnie dziwacznych postaw i reagowanie na te postawy, w równie groteskowy sposób. W Trans-Atlantyku jawi się też Gombrowicz jako pierwszy polski piewca kosmopolityzmu, ale to już temat na oddzielny tekst.

Teraz przemyślmy, jaki procent uczniów zastanawia się nad tym, co przeczytało, na tyle głęboko, aby dojść do takich wniosków? Śmiem twierdzić, że niewielki. Większość zapewne rzuca Ferdydurke w kąt, stwierdzając, że pisał to jakiś idiota.

Tu pojawia się kolejne zagadnienie: ministerstwo edukacji znowu chce pociąć kanon lektur. Pytam: dlaczego zostaje Ferdydurke, a leci np. dalece bardziej przejrzyste Przedwiośnie? Czyżby po to tylko, aby całkowicie zniechęcić młodzież do czytania? Nigdy nie myślałem, że posądzę rząd PO o tak niecne intencje.

Mamy też do czynienia z hipokryzją tzw. ludzi kulturalnych. Tępią oni wszelkie subkultury, które dają młodym ludziom alternatywę i nierzadko chronią ich przed negatywnymi zjawiskami. Robią to może w sposób kontrowersyjny, ale dlaczego kontrowersje wokół dzieł Gombrowicza traktujemy z pobłażaniem? A prawda, bo Gombrowicz tylko pisał, a przecież nikt już nie czyta.

Damned

czwartek, 4 Grudzień 2008

Za Blefem i Eldoką mówiąc

“Są takie wydarzenia, które tak z pozoru nieistotne, mogą stać się w mgnieniu oka mostem, gdzieś na drugą stronę, albo tylko w nicość, jest mi źle, nie mów rodzicom…”

Swoją drogą na solowej płycie Blefa, jest kilka smakowitych kąsków… Osobiście polecam utwory 6. (, z którego pochodzi zacytowany fragment), 11. i 14. Dobry jest też featuring Skubiego, ale nie pamiętam numeru, wybaczcie. W wielkim napięciu oczekuję też solówek Eldoki (już za osiem dni!) i Tego Typa Mesa. Ale wracając do wspólnego nagrania Emila i Leszka, mnie zawiodło dzisiaj w otchłanie potępienia, co zaowocowało mrocznym wierszem:

Przekleństwo (4.12.2008)

Przekleństwo przekleństwo przekleństwo
Na mą głowę
Przekleństwo
Którego nie zdejmie żadna spowiedź
Przekleństwo samotnego człowieczeństwa
Moja droga do szaleństwa
Szatańskiego błogosławieństwa

Czymże jest życie
Jeśli nie możesz go pędzić
W zachwycie
Zostaje tylko ględzić
Nużać się w beznadziei
Chociaż świat
Się ciągle śmieje
Mówili że po nocy dnieje
W moim świecie noc polarna
Tak naturalna
A zarazem fatalna

Zabija mnie forma
Niszczy pożądanie
Upodobanie w normach
Miałem pretensje do boskości
Marny człowiek w duszy gości
Zakochany w złożoności
Która jest mirażem
Fikcją za którą
Ktoś dostał gażę
O niczym już nie marzę
Nie potrafię
Nie obchodzi mnie nawet
Czy do piekła czy do nieba trafię
Ani kiedy to się stanie
Niechaj przyjdzie dzisiaj
Niechże zdejmie
Z mojej duszy liszaj
Wiem że proszę nadaremnie

Nigdy nie dał mi tego
O co prosiłem
Przestałem modlić się do Niego
Być może zbłądziłem
Teraz jestem Werterem bez pistoletu
Nie zasłużę nawet na fragment pamfletu
Bo sam o to prosiłem
Sam swoje życie
Uczyniłem zawiłem

Cudze chwalicie? Takie samo jest jak Wasze

sobota, 20 Wrzesień 2008

Jeśli ktoś mnie choć trochę zna, wie, że oglądam niemało amerykańskich seriali. Robię to tym chętniej im bardziej podoba mi się któraś z aktorek, że zaś Amerykanie mają talent do wynajdywania tych najpiękniejszych to się trochę tego nazbierało. Mógłbym sobie do tego dorobić jakąś zgrabną filozofię (jak to często czynią za oceanem), ale pozwolę sobie zostać przy zgrabnych paniach.

By być uczciwym, muszę jednak coś przyznać. Ta myśl dojrzewała we mnie od wielu miesięcy. Ale żeby nie było tak łatwo to zacznę, za przeproszeniem, od tyłu. Zarzuca się polskim telenowelom (czy jak kto woli serialom), jednostajność i powielanie utartych schematów. Żaden rozsądny widz nie odważyłby się chyba z tym polemizować. Inna sprawa, że połowę naszych rodzimych produkcji pisała bądź nadal pisze jedna scenarzystka, co jest jakimś usprawiedliwieniem. Prawdziwy problem polega na tym, że amerykańskie seriale (skądinąd tak dobrze przez nas przyjmowane), różnią się od naszych dużo mniej niż myślicie. Przede wszystkim są zbiorczą emanacją wyobrażeń milionów amerykanów, ale po kolei:

- główni bohaterowie - zwykle geniusze, klony, albo inni kosmici, którzy odkrywając swoje nadnaturalne zdolności postanawiają działać dla dobra ludzkości, oczywiście tak, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo jeszcze za dużo panienek im wskoczy do łóżka. ;) “Chlubnym” wyjątkiem (chociaż nie do końca wyjątkiem) jest tu postać Nancy Botwin z serii Weeds: matka dwóch dorastających chłopców, która zdesperowana śmiercią męża, zaczyna handlować trawką, aby nie dopuścić do pogorszenia się ich standardu życia

- główni złoczyńcy - szefowie/członkowie wielkich korporacji, którzy nie cofną się przed niczym, aby uczynić z naszych szlachetnych bohaterów swoje króliki doświadczalne lub wykorzystać ich do swoich niecnych celów. Czasem, o zgrozo, posługują się stróżami prawa, którzy uwaga, nie zawsze są skorumpowani

- wątki miłosne – istnieją, a jakże. Wybranką serca głównego bohatera okazuje się zawsze “dziewczyna z sąsiedztwa”. Ładna, miła, inteligentna, raczej nie gotowa na związek, ale kto by się tam oparł superbohaterowi? Sami bohaterowie są na ogół prawiczkami bez skazy, a mimo że mają przynajmniej 18 lat, przeżywają swoją pierwszą prawdziwą miłość. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, muszą ciągle wybierać pomiędzy szczęściem świata lub ewentualnie swojej najbliższej rodziny, a swoim własnym.

- sielanka, a właściwie jej brak. Kiedy tylko wydaje się, że wszystko w życiu naszych ulubionych postaci się poukładało, okazuje się, że coś się jednak psuje. Rozumiem, że wszystko, co opiera się na fabule, rządzi się swoimi prawami (szczególnie produkcje telewizyjne), ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pooglądać przez 1 czy 2 odcinki jak ktoś, kto robi dla świata więcej niż ktokolwiek inny, jest w końcu szczęśliwy

- zakończenia sezonów – scenarzyści zawsze wiedzieli jak zakończyć nawet najnudniejszy sezon, tak aby przyciągnąć widzów na co najmniej dwa najbliższe odcinki. Ta prawda jest chyba wspólna dla wszystkich nacji.

Oczywiście, wszystkie te czynniki, trochę się różnią od tych występujących w naszych produkcjach, ale wynika to z odmiennej świadomości amerykanów spróbuję objaśnić różnice:

- amerykanie zawsze cenili wyjątkowość. Co więcej marzyli o kimś, kto pojawi się i rozwiąże wszystkie ich problemy. Jako młode społeczeństwo do dzisiaj mają skłonność do patetyzowania zarówno swojej historii jak też wszystkich opowiadań i przekazów. Podświadomie pragną superbohaterów, więc tworzą takie postacie.

- jak wyżej, przed kimś obdarzonym szczególnymi zdolnościami, nie można postawić zwykłych problemów, bo będzie za łatwo. Jest to też wynik popularności teorii spiskowych, które mówią najczęściej o tym, że świat jest sterowany przez obrzydliwie bogatych i potężnych ludzi

- ten czynnik (podobnie jak piękne panie) przyciąga rzesze młodocianych widzów, którzy często identyfikują się z problemami emocjonalnymi bohaterów, mimo że nie posiadają ich mocy. Scenarzyści zaś, najczęściej niezadowoleni z wczesnej inicjacji seksualnej swoich dzieci i ich rówieśników, podają im wzorce bohaterów, którzy szanują dziewictwo własne i swoich ukochanych

- za dużo sielanki = nuda = spadek oglądalności = mniejsze zyski

Powyższa równość jest również prawidłowa dla ostatniego punktu. Wydaje mi się, że udało mi się uzasadnić powyższą tezę. Jaka będzie konkluzja? Wszyscy jesteśmy hipokrytami. :P

“Każdy ma prawo do orgazmu!”?

poniedziałek, 5 Maj 2008

Już sam tytuł jest co najmniej kontrowersyjny, ale warto podjąć rozważania krążące wokół niego zwłaszcza, że pozwala on zahaczyć więcej niż o jedną sprawę. Ale po kolei. Jeszcze w chwili kiedy zaczynam pisać ten tekst, portal o2.pl każe nam przygotować się na seksualną rewolucję. Fajnie. Zaciekawiony czytam na czym ma polegać owa rewolucja. No i ogólnie wygląda na tępienie pruderii w najgorszym tego słowa znaczeniu. Pozbawianie ludzi przeświadczenia, że seks jest tematem tabu, jest czymś istotnym, ale z wiadomych przyczyn, moją uwagę zwraca pewien fragment. Mianowicie:

W ramach programu profesor Zbigniew Izdebski będzie promował seks wśród osób niepełnosprawnych

Ciśnie się na usta pytanie, jak ma wyglądać taka promocja, bo problem niskiej aktywności seksualnej niepełnosprawnych nie wynika bynajmniej wyłącznie z niskiej samoświadomości czy też ograniczonych możliwości fizycznych. Znacznie bardziej istotny jest fakt, że niewielu niepełnosprawnych potrafi zbudować na tyle stabilny emocjonalnie związek, aby oddać się partnerowi w sensie łóżkowym lub też wydać jednoznaczny komunikat, że oczekują od partnera tego rodzaju oddania. Ci którzy żyją w poważnych związkach, z pewnością korzystają z uciech alkowy w taki sposób, w jaki pozwala im ich zdrowie, a przede wszystkim sprawność fizyczna. Tym bardziej, że wielu określa seks jako doskonałą formę rehabilitacji.

Czyżby zatem szanowni Panowie Seksuolodzy zamierzali pomagać spragnionym seksu niepełnosprawnym na sposób szwajcarski (fundując im zaspokojenie potrzeb). U nas to nie przejdzie. Nie w kraju, w którym lewicowi radni planują odebranie majątków niepełnosprawnym. Nie w kraju, gdzie niepełnosprawni są poniżani wielokrotnie częściej niż na zachodzie (chociażby przez wyrzucanie ich z klubów). Jak można sądzić, że ludzie nierzadko pozbawiani honoru skorzystają z czegoś, co niezależnie od tego, jak to nazwiemy, ogółowi społeczeństwa kojarzyć się będzie z pospolitą prostytucją. Nie wspomnę o tym, że wielu niepełnosprawnych to osoby głęboko wierzące. Dalej

Ekwador chce zapisać w konstytucji prawo kobiet do osiągania satysfakcji seksualnej. Szczytne w kraju, w którym kobietę traktuje się niewiele lepiej od dmuchanej lalki. Tylko jak udowodnić winę mężczyzny, jeżeli kobieta nie czuje się zaspokojona. I idąc krok dalej: jak takiego mężczyznę ukarać?

Z powyższych przykładów wynika, że niektórzy nie mają się czym zajmować, albo przynajmniej nie chcą dostrzec prawdziwych przyczyn poruszanych problemów. Pół biedy, jeśli jest to grupka naukowców. Gorzej jeśli dotyczy to rządu jakiegokolwiek kraju, kiedy ten mógłby w tym czasie zaostrzyć prawo dotyczące czynności seksualnych z udziałem nieletnich. Wiecie już do czego piję? Ano do R Kelly’ego, który miał zmusić 13-letnie dziewczę do udziału w trójkącie. Żałosne? Chore? To za mało. Czy, aby zatem każdy ma prawo do orgazmu?

Rok Herberta czas zacząć

poniedziałek, 18 Luty 2008

Ok, jestem malkontentem. Przyznaję to bez bicia… Ale dzisiaj wszystko chcemy sprzedać, w imię popularności sprzedawanych podmiotów (, bo już nie tylko przedmioty się sprzedaje). A gdzie jest poszanowanie dla tych podmiotów?

Prawdopodobnie nawet nie wiedziałbym, że rok Herberta rozpoczyna się właśnie dzisiaj, gdyby nie Kawa czy herbata i dwaj panowie mówiący o owej inauguracji. Kiedy przeczytacie ten wpis w całości, zrozumiecie dlaczego ma taki, a nie inny początek

Otóż uważam, że Herbert stał się ofiarą zjawiska medializacji sztuki, o którym pisałem w ostatniej notce. Wyżej wymienieni panowie opowiedzieli o niektórych atrakcjach dzisiejszej imprezy:

- spotkanie z przyjaciółmi Herberta i możliwość dyskusji – fajnie

- wiersze w formacie mp3 – spoko, może to rzeczywiście jakiś pomysł, ale tak szczerze, ilu użytkowników odtwarzaczy mp3 kupiło je z zamysłem słuchania poezji? Wrzucenie Herberta między Rubika a Mandarynę jest, delikatnie mówiąc, niefortunne

- VJ’e (jak ktoś nie wie z czym to się je, to niech kliknie w odnośnik), tworzący wizualizacje do utworów poety. I tu od razu nasuwają mi się trzy pytania:

1. Czy młodzież nie potrafi już rozumieć czegokolwiek bez dodatkowych bodźców świetlnych?

2. Jeżeli odpowiedź brzmi tak, to czy taka młodzież jest godna odbierać lirykę na najwyższym poziomie?

3. Czy autorzy tego kosmicznego pomysłu, nie czują dyskomfortu, czyniąc ze święta Herberta event w stylu klubu techno?

- Nie wspomnę już o stronie internetowej, która mimo że była podana do wiadomości publicznej w wymienionym wcześniej programie, jest nieaktualna i niewygodna w przeglądaniu. Jedyne co zasługuje tam na pochwałę to wiersze czytane losowo podczas wyświetlania tego dziwoląga.

Elementarny szacunek dla poety klasycyzującego, a więc dalekiego od rozmaitych udziwnień, kazałby zdusić tego typu projekt w zarodku. A teraz informacja dla potomnych: Gdybyście kiedyś zapragnęli wyrażać swoją pamięć o mnie w ten lub bardziej “wysublimowany” sposób, to lepiej o mnie zapomnijcie.

A nie mówiłem, że jestem malkontentem?

Ramy formalne, czyli o Norwidzie raz jeszcze

sobota, 2 Luty 2008

Czwartkowa lekcja języka polskiego, będąca podsumowaniem twórczości Norwida, rzuciła nowe światło na jego osobę. Dzisiaj nie mogę mu odmówić wszechstronności, bo trzeba mu przyznać to jedno, że mimo zgoła dziwnej filozofii tworzenia, czyniącej z odbiorcy “współtwórcę”, potrafił dobitnie i bez niedomówień zdefiniować chociażby miłość. Bez wątpienia był też Norwid prekursorem niektórych form i środków literackich. Tylko czy wszystkie one były nam potrzebne szczególnie w dobie medializacji sztuki, w dobie domen za złotówkę i internetowych Systemów Zarządzania Treścią?

Oczywiście, że nie! Tworzenie i prezentacja twórczości, nigdy nie było tak proste, jak jest dzisiaj. Dzisiaj właśnie, aby nie zalało nas morze tandety, przydałyby się ramy formalne, ostatecznie odrzucone przez…? Cypriana Kamila Norwida!

Naturalnie, pewne odstępstwa od utartych form występowały zawsze. Bez tego sztuka nie mogłaby się rozwijać, ale nawet Filareci, których początkowo uznawano za bandę oszołomów, nie wpadli na to, żeby pozbawić przyszłych twórców jakichkolwiek ograniczeń, bo może i to sprzyja popularyzacji “sztuki”, ale wpływa negatywnie na jej jakość (o czym już zresztą pisałem w poprzednim poście)

Konkluzja jest taka, że ramy formalne są potrzebne chociażby po to, żeby je naginać, ale trzeba to robić z wyczuciem, a nie w zapamiętaniu i bez umiaru. Nie można jednak winić Norwida o to, że nie będąc zrozumianym przez współczesnych sobie, pragnął zyskać uznanie u późnych wnuków. Nie mogę tylko pojąć, jakim cudem przepowiedział koniunkturę, która będzie panować blisko pięćdziesiąt lat po jego śmierci.

O Norwidzie rozważania

środa, 30 Styczeń 2008

Zawsze uważałem siebie za człowieka, z pewnym, niezbyt niskim ilorazem inteligencji. Zawsze… Dopóki nie próbowałem analizować poezji Norwida. Zawsze też myślałem o sobie, jako o człowieku, którego można by nazwać neoromantykiem, co się zresztą sprawdzało w toku nauki. Czytanie Goethego, Mickiewicza, czy Słowackiego, którzy są zmorą wielu licealistów, momentami sprawdzało mi przyjemność. Nie-Boska komedia Krasińskiego wprawdzie nieco mnie zawiodła, ale przebrnąłem przez nią bez większych perturbacji Czytając zaś wiersz pod tytułem Fortepian Chopina, pierwszy raz w życiu, nie rozumiałem, co czytam. Cóż, moja polonistka mówi, że poezja Norwida nie jest dla wszystkich, ale miałem prawo spodziewać się, że nieco romantyczne usposobienie i fakt, że sam bywam poetą, wystarczą aby wejść do uprzywilejowanego gremium znawców twórczości Pana C.K.N. Nic bardziej mylnego!

Pojawia się jednak pytanie czy liceum jest odpowiednim momentem do zapoznawania młodego adepta teorii literatury z poezją tak wymagającą. Może nie patrzę na sprawę obiektywnie, bo Norwid jest pierwszym polskim literatem, który zastosował coś, co dzisiaj nazywa się wierszem wolnym (w pewnym uproszczeniu, rozszerzenie wiersza bezrymowego, którym osobiście gardzę), wydaje mi się jednak, że Norwida można nazwać ojcem chrzestnym liberalizmu w sztuce polskiej. Dlaczego? Przyjrzyjmy się najczęściej stosowanym przez Norwida środkom artystycznym. Są to przemilczenia sygnalizowane rozmaitymi znakami interpunkcyjnymi pokroju wielokropków i myślników, jak też neologizmy artystyczne, oba te środki sprzyjają dowolności interpretacji. Jeżeli wynosi się na piedestał człowieka, który stwarza utwory, na tyle trudne w interpretacji, że niewielu ludzi może je zrozumieć, nie można mieć pretensji, że sztuka współczesna, jest co raz bardziej udziwniona.

Człowiek o podwójnym imieniu

sobota, 5 Styczeń 2008

Cóż, będzie o niejakim Michale Zygmuncie, a właściwie o jego wytworze przewrotnie zatytułowanym New romantic. Przewrotna, ot wprost idealny przymiotnik do opisania tej książki. Styl jest taki, jakby mógł ją napisać dosłownie każdy, a jednak ten dziwaczny twór jest w pewien sposób ujmujący. Wydaje się krzywdzącym wkładanie do jednego worka ludzi takich jak Lech Kaczyński, Donald Tusk i Zbigniew Religa i uśmiercanie ich wszystkich, nawet na kartach książki, tylko dlatego, że wszyscy trzej panowie są wyraźnie prawicowej orientacji, co stanowi zresztą zaprzeczenie gloryfikowanych przez autora tolerancji i inności Oczekiwałem powieści “antykaczystowskiej” czy też antypisowskiej, bo jako taka była reklamowana rzeczona książka, dostałem powieść antyprawicową. Prywatnie przykry jest też dla mnie stosunek autora do kultury hip-hopowej, który przedstawia na ostatnich trzydziestu kartach omawianego utworu. Nie on jeden brutalnie spłyca moją ukochaną subkuturę (która paradoksalnie ma wiele wspólnego z ustrojem tak zwanej “sprawiedliwości społecznej”), toteż z boleścią jestem w stanie przymknąć na to oko.

Na pochwałę zasługuje całkiem sporo mniej lub bardziej celnych spostrzeżeń, czy chociażby obraz wojny na tle religijno-seksualnym przedstawiony w drugiej części powieści. Chociaż dzisiaj coś takiego brzmi raczej egzotycznie, mamy dosadną przestrogę przed ponownym oddaniem władzy w ręce PiSu lub ich podobnych (mam tu na myśli zidiociałych hipokrytów, tępo zapatrzonych w święte obrazki, gotowych badać orientację teletubisiów czy też ogłaszać Chrystusa królem państwa, które sami nazywają Rzeczpospolitą). Mimo opisanych wcześniej minusów, warto New romantic przeczytać choćby z tego jednego powodu. Dodam jeszcze, że czyta się to naprawdę szybko i choć może nie lekko to z umiarkowaną przyjemnością rosnącą wprost proporcjonalnie do lewicowych bądź anarchistycznych odchyleń światopoglądowych.

Godna choćby jednozdaniowej uwagi jest też forma. Autor opisuje wydarzenia z perspektywy i interakcji międzyludzkich trzech różnych bohaterów przy czym kończy książkę opisem śmierci tego ostatniego, spisanym z perspektywy samego bohatera… Zabieg nieczęsty, przez co ciekawy i przynajmniej w moim odczuciu, umniejszający rangę wszelakich śmierci jakie wydarzyły się w czasie trwania burzliwej akcji.

Moje uprzedzenia wynikają zapewne z nieukrywanej sympatii do PO, toteż powinno się je chyba pominąć jako niemerytoryczne. Jednym słowem: Enjoy!