Archiwum kategorii ‘polityka’

HGW, thank you!

sobota, 3 Październik 2009

W czwartek widziałem bardzo dobry film. Mianowicie Życie na podsłuchu. Opowiada on historię pisarza z NRD, który pomimo swojego komformizmu jest podsłuchiwany przez Stasi. Przydzielony mu oficer, choć do tej pory zachowywał się profesjonalnie, czyli bezwzględnie, zaczyna współczuć figurantowi. Nie chcę zdradzać założeń fabuły wprost, więc ograniczę się do wiersza, który powstał po powrocie z seansu.

(…)

Zabili człowieka
Nie używając nawet broni
Czasem sobie myślałem
Że to wszystko jest po nic
Skoro są oni
Nie można było ufać
Nawet uściskom ich dłoni

Grałem na fortepianie
Kontemplując co się stanie
Przyjaciel mój pojechał
Do lepszego świata
Mam nadzieję
Że sie będzie miał z kim bratać
Bo kupił bilet w jedna stronę
Kawal sznura przez cokolwiek
Przewieszony

Stała za mną nierządnica
Gładziła mnie dłońmi po plecach
Zapewniała o miłości
By później wysłać za mną pościg

Nie mogła wiedzieć że wyjdę z tego cało
Już mi przed oczami życie przeleciało
Lecz ktoś czuwał
Jak się jednak okazało

Trudno ją winić
Że wybrała tak a nie inaczej
Nie raz jeszcze w nocy płaczę
Że żyliśmy w takich czasach

Nie każda zdrada złem jest
Na swej skórze to poczułem
Winien jestem dziś powiedzieć
HGW dziękuję

Quo vadis Mundi?

niedziela, 22 Marzec 2009

Cóż, ludzie mają skłonność do wyciągania błędnych wniosków z doświadczeń innych ludzi. Chcę jasno podkreślić, że nie chodzi mi o wnioski pochopne, lecz po prostu z gruntu bezsensowne. Co gorsza, nie jest to problem żadnej konkretnej nacji, lecz ogólnoświatowej populacji.

Jako pierwszy przytoczę przykład Rumunii, która w związku ze sprawą Josefa Fritzla, zwanego szumnie potworem z Amstetten rozważa legalizację kazirodztwa. Już samo określenie tego człowieka jest kuriozalne. Fakt, dopuścił on się strasznych zbrodni, ale na przestrzeni wieków  tysiące dwunożnych, rozumnych istot robiła rzeczy podobnego kalibru. Wystarczy zresztą przytoczyć całkiem współczesny przykład “polskiego Fritzla” rodem z Radzynia Podlaskiego, o ile się nie mylę. Pod żadnym pozorem nie zamierzam gloryfikować postępków któregokolwiek z mężczyzn. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że ludzkość urosła w butę – bardzo chętnie mówimy o swoich chlubnych czynach, a zapominamy o najniższych plugastwach, które wpisywali w naszą naturę tak autorzy starożytni, jak i Biblia. Ta ostatnia przedstawia różne ochydztwa, co jednoznacznie daje do zrozumienia, że nie są one miłe chrześcijańskiemu Bogu, niemniej istnieją jako integralna część świata.

Do rzeczy jednak. Według wizji Rumunów, na związek kazirodczy musiałyby się zgodzić osoby pełnoletnie. Jak się to ma do historii Fritzla i jego córki skoro ojciec odurzył ją narkotykami i zamknął w piwnicy? No właśnie – nijak… Skąd zatem ten pomysł? I po co? Ano chyba po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od kryzysu.

Pozostałe absurdy są mniej szokujące, ale tym bardziej niezrozumiałe. Weźmy na przykład partnerskie związki homoseksualne. Nawet nie musiałoby się to nazywać małżeństwem, o ile normalizowałoby prawno-podatkowo-finansową sytuację osób homoseksualnych, a przecież nie przyniosłoby najmniejszej szkody heterykom. No może poza jakimś archaicznym dyskomfortem psychicznym.

Legalizacja miękkich narkotyków. Mam niejasne wrażenie, że nie dojdzie do niej nigdy. Mimo że udowodniono, że wiele z nielegalnych substancji psychoaktywnych czyni mniejsze szkody niż alkohol i papierosy.

Czuję się, jakbym powtarzał jakąś piekielną mantrę, ale nie jest uczciwe, że do jednych nowinek podchodzimy bezkrytycznie, ignorując ich wady, a odnośnie innych nie chcemy nawet poznać bilansu  pozytywów i negatywów.

What about communism?

piątek, 20 Marzec 2009

Wiem co chcę napisać, ale nie bardzo wiem jak zacząć, przyznaję się bez bicia. Pozwolę sobie zatem wyjść od tego, że doba kryzysu wydaje się być odpowiednim momentem do rozważań dotyczących systemów polityczno-gospodarczych. Nie tak dawno pisałem, że moja ukochana nacja nie jest przystosowana do żadnego z istniejących ustrojów. Chciałbym się mylić, ale wydaje mi się, że czas nowatorstwa w dziedzinie organizacji funkcjonowania państwa mamy już za sobą, więc albo musimy się zmienić, albo będziemy nieustannie narzekać.
Do rzeczy jednak. Zastanawia mnie fakt podziału społeczeństwa, na tych, którzy chcieliby powrotu “ustroju sprawiedliwości społecznej” i na tych, co mówią, że byłoby to najgorsze z możliwych rozwiązań (a może, nie tyle fakt podziału, co świadomość, że żadna z tych grup nie jest marginalna). Jeżeli weźmiemy pod uwagę ludzi, którzy mieli okazję względnie świadomie uczestniczyć i obserwować tamten system, więcej jest tych pierwszych. Czy nie zastanawia jednak fakt, że zdecydowana większość ludzi kultury (jeżeli nie wszyscy) od profesorów wyższych uczelni, przez pisarzy po muzyków opowiada się po tej drugiej stronie?

Zwolennicy tamtych rozwiązań ustrojowych powiedzą, że kapitalizm nie przyniósł poprawy losu warstw najbiedniejszych, a wręcz go pogorszył i trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Pytanie brzmi natomiast w jakim położeniu byłyby teraz te warstwy, gdybyśmy nadal rozwijali się zgodnie z ideami gospodarki centralnie planowanej.

Przeciwnicy obecnego układu stwierdzają, iż zbytnio ufamy Zachodowi, który nigdy nie miał wobec nas szczerych intencji. Znowu nie zamierzam polemizować. Ba, dołożę nawet argument, że Amerykanie nie radzą sobie z kryzysem na tyle, żeby pomagać dzisiaj komukolwiek, ale czy Stalin kiedykolwiek miał na celu dobro Polski?

Można zarzucać Anglikom i Amerykanom, że zgodzili się na granicę z ZSRR na linii Curzona, ale co by było, gdyby Churchill w Jałcie zawetował tę koncepcję, a Stalin w odpowiedzi wycofał się z wojny lub spróbował ponownie ułożyć się z wrogiem? Wysoce prawdopodobne jest, że pisałbym dzisiaj po niemiecku, nie wiedząc nawet, czym była Polska.

Nie mogę zrozumieć tego, że Estończycy nazywają stan, który nastąpił po wojnie okupacją radziecką, a u nas podchodzimy do tego okresu z taką pobłażliwością. Czy to, że nazwano nasz twór państwowy PRL-em zamiast PRR-em (Polską Republiką Radziecką) przydało nam choćby odrobinę suwerenności? No może właśnie odrobinę – wciąż mówiliśmy po Polsku. Nie mogliśmy, jednak skorzystać z planu Marshalla, a teraz mamy pretensje, że w porównaniu z Europą Zachodnią jesteśmy biedni jak myszy kościelne. “Dobry wujek” ze wschodu obiecał wprawdzie coś w zamian, ale pomoc ta, albo wracała do niego, albo nie była odpowiednio wykorzystywana.

Ludzie sympatyzujący z lewicą mówią, że dzisiaj też jest cenzura, że układy, że niesprawiedliwość etc. Nawet jeśli to prawda to osobiście wolę państwo, które przede mną udaje, że jestem wolny, dając mi poczucie spełnienia duchowego (nawet jeśli nie mam własnego mieszkania), od takiego, które kiedy patrzą inni głaszcze mnie po głowie, a kiedy tamci odchodzą, wali mnie w twarz pięścią i poprawia butem.

Mój wujek mawia, że świat jeszcze upomni się o “ustrój sprawiedliwości społecznej”. Na zdrowie! Niektóre tezy doktryny Marksa i Engelsa były sensowne, przyznaję. Problem pojawił się, jak zwykle, wtedy, gdy ideę zaczęto dostosowywać do rzeczywistości i pojawił się ktoś zbyt ambitny i zaczął budować swój prywatny dobrobyt. Fakt, było mniej takich ludzi, ludzi niż dzisiaj, ale osiągali to większym kosztem. Nie materialnym, rzecz jasna, lecz ludzkim, albowiem wbrew wszelkim zapewnieniom ówczesnej władzy, jednostka liczyła się najmniej. Istotne było podtrzymanie panującego ładu.

Zatem, dopominajcie się, potomni o komunizm! Radzę Wam jednak, niech to nie będzie ustrój w wydaniu z lat 1945-1989

Legalize it!

piątek, 13 Luty 2009

Według wielu ludzi, polski rząd zrobił krok w tył delegalizując “dopalacze”. Nie znam dokładnej treści ustawy, ale domyślam się, że nie jest ona spójna i niedługo pojawią się osoby zdolne wykorzystywać kruczki prawne. Rzecznikiem tych substancji nie będę, bo niektóre z nich mają rzekomo działanie podobne do twardych narkotyków, więc można się spodziewać, że i spustoszenia w organizmie sieją analogiczne. Nie próbowałem, nie zamierzam, więc i kłócił się nie będę.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że wielu inteligentnych i światłych ludzi postuluje ostatnimi czasy legalizację marihuany. Trudno takie osobowości jak Mario Vargas Llosa, Paulo Coelho, Enrique Krauze czy Tomas Eloy Martinez posądzać o używanie tego środka w stopniu, który mógłby zaburzyć ich osąd w tej sprawie. W Polsce jednym z bardziej znanych rzeczników legalizacji miękkich narkotyków był, nieżyjący już, Jacek Kaczmarski. Malkontenci stwierdzą, iż był to alkoholik, który terroryzował rodzinę. Odpowiem wtedy, że w gruncie rzeczy mają oni rację, ale gdyby zamiast upijać się “na agresora” miał legalny dostęp do “zioła”, jego bliscy zapamiętaliby go raczej jako wesołka.

Pragnę też nadmienić, że Donald Tusk nie jest pierwszym polskim politykiem wysokiej rangi, który przyznawał się, iż miał bezpośredni kontakt z “trawką”. Jego poprzednik w tej materii zdawał się to robić regularnie (nazwiska niestety w tej chwili nie pomnę).

Jakie są w zasadzie przeciwwskazania odnośnie uczynienia marihuany legalną? Pierwszy argument jest taki, że używanie konopii indyjskich prowokuje ludzi do szukania mocniejszych wrażeń w postaci zażywania narkotyków twardych. Nawet pomijając fakt, że po mocniejsze używki sięga mniej niż połowa palaczy, trzeba się zastanowić z czego wynika to, że niektórzy jednak sięgają. Ano wynika z tego, że czarnorynkowa marihuana “wzbogacana” jest różnymi substancjami chemicznymi, o silnym działaniu uzależniającym fizycznie  (np. eter dietylowy ). Samo zaś THC (główny składnik psychoaktywny, obecny w “zielsku”) nie uzależnia w ten sposób.

Wniosek? Przekazanie kompetentnym firmom produkcji i dystrybucji legalnej marihuany i obłożenie jej podobnymi obostrzeniami, jak w przypadku alkoholu, wydaje się całkiem rozsądnym pomysłem. Jeżeli ponadto uda się uzyskać rozsądną cenę ostateczną, będzie to znaczny cios dla osób czerpiących korzyści z nielegalnego obrotu tym środkiem.

Poprzez ten tekst nie zamierzałem nikogo nakłaniać do spożywania marihuany, w jakikolwiek sposób. Nie neguję też faktu, że może ona powodować negatywne skutki dla organizmu ludzkiego (najpopularniejszymi są zaburzenia pamięci). Pragnę tylko nadmienić, że nawet według raportu WHO z 1995, skutki używania alkoholu i nikotyny są dalece bardziej poważne niż w przypadku marihuany.

Trochę konsekwencji zatem Panowie i Panie Politycy: albo zdelegalizujmy etanol i tytoń, albo zalegalizujmy marihuanę.

Children of a Lesser God?

czwartek, 29 Styczeń 2009

Czytanie o doktrynach politycznych skłoniło mnie do przemyśleń specyficznych. Otóż każda doktryna sprawdziła się lepiej lub gorzej w określonych warunkach geopolitycznych. Patrząc na naszą ojczyznę można stwierdzić, że jesteśmy dziećmi gorszego Boga. Czy muszę tłumaczyć dlaczego?

Spróbuję. Liberałowie, na przykład, hołdują jednostkom zaradnym, co oczywiście nie pasuje z lekka mazepowatym Polakom. Ponadto, postulują te szatany, rozdział kościoła od państwa, a daliśmy się  schrystianizować tak dokładnie, że nie mieści nam się w głowach nic podobnego.

Konserwatyści  to banda strachliwych durniów, którzy boją się zmian jakichkolwiek. A my we krwi mamy bunt. “Bunt dla buntu”, jak by rzekły żabodajy. I psu na budę tacy politycy jak Churchill czy Thatcher, zwłaszcza, że konserwatyzm w wydaniu polskim oznacza restaurację socjalizmu lub demokracji szlacheckiej. I tylko Ten wspomniany w tytule, raczy wiedzieć, który z wariantów byłby bardziej szkodliwy.

Socjaldemokraci mają program, pisany jakby dokładnie pod naszą mentalność, tyle że nasza lewica nie potrafi się jednoznacznie odciąć od kompromitujących ją bezustannie twarzy Kwaśniewskiego, Millera czy nawet Kalisza, o którym żartuje się powszechnie, że co kadencję przybywa mu podbródek. Stosunek lewicowych polityków do Federacji Rosyjskiej, jak też mnożące się podziały po tej stronie sceny politycznej, z pewnością nie przysparzają zwolenników żadnej z partii opowiadających się po niej

Faszyzm i nazizm odbiły się czkawką wielu Żydom i Polakom. Wypowiedzi niektórych Niemców pozwalają jednak stwierdzić, że wspominają oni rządy Hitlera z rozrzewnieniem zbliżonym do tego, z którym mamy do czynienia słuchając od starszych osób o czasach Gierka, czy bohaterstwie Jaruzelskiego, który w swoim geniuszu ochronił nas przed bójką z Wielkim Sowieckim Bratem, mogącą się skończyć zgonem słabowitego organizmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wróćmy jednak do Hitlera. O obecności w niemieckiej świadomości narodowej sentymentu do jego osiągnięć, wystarczająco świadczy działalność niejakiej Eriki Steinbach. Biorąc pod uwagę fakt, że pani ta zasiada w Bundestagu nieprzerwanie od dziewiętnastu lat, jej poglądy mają wielu zwolenników.

Działalność komunistów w naszym pięknym kraju jest na szczęście zakazana. Nawet jeśli by tak nie było to czy znalazłaby się licząca ilościowo grupa osób, które zechciałyby poprzeć tę dziwaczną doktrynę? Mimo wszystko trudno zaprzeczyć jej sukcesowi, który miał zresztą miejsce tuż poza naszym podwórkiem. Jego wykładnikiem, czy jak kto woli, owocem jest mentalność Rosjan, którzy po prostu lubią być trzymani, przepraszam, za mordę, dopóki mają świadomość, że ci którzy ich trzymają, dyktują warunki niemal całej wschodniej półkuli ziemskiej. A tak dla przyzwoitości prezydenta zamieniają w premiera i myślą, że Zachód się nie zorientuje kto się tam u nich naprawdę liczy.

Na wylansowanie innych doktryn jesteśmy albo zbyt leniwi, albo zbyt kłótliwi, albo zbyt zacofani, ale mnie się już nie chce o nich pisać, a Wam nie chciałoby się czytać. Wydaje mi się jednak, że dowiodłem, iż nie istnieje doktryna, która jest w stanie zapewnić nam  nadrobienie polityczno-ewolucyjnych braków. Niestety…

Gombrowicz: karykatura socjalizacji

sobota, 6 Grudzień 2008

Dzisiaj zaserwuję Wam notę luźno powiązaną z teorią literatury i z socjologią. Otóż, książki Gombrowicza to książki trudne, ale również książki które realizują szczytny cel: pokazują, że poddawanie życia społecznego jakimkolwiek formom może być niebezpieczne. Problem w tym, że są całe rzesze ludzi, których przejaskrawienie doprowadza niemalże do wymiotów. Sam nie dokończyłem ani Ferdydurke ani Trans-Atlantyku, ale w trakcie omawiania obu lektur, zobaczyłem cel tych udziwnień: ośmieszenie procesu socjalizacji poprzez pozorną akceptację skrajnie dziwacznych postaw i reagowanie na te postawy, w równie groteskowy sposób. W Trans-Atlantyku jawi się też Gombrowicz jako pierwszy polski piewca kosmopolityzmu, ale to już temat na oddzielny tekst.

Teraz przemyślmy, jaki procent uczniów zastanawia się nad tym, co przeczytało, na tyle głęboko, aby dojść do takich wniosków? Śmiem twierdzić, że niewielki. Większość zapewne rzuca Ferdydurke w kąt, stwierdzając, że pisał to jakiś idiota.

Tu pojawia się kolejne zagadnienie: ministerstwo edukacji znowu chce pociąć kanon lektur. Pytam: dlaczego zostaje Ferdydurke, a leci np. dalece bardziej przejrzyste Przedwiośnie? Czyżby po to tylko, aby całkowicie zniechęcić młodzież do czytania? Nigdy nie myślałem, że posądzę rząd PO o tak niecne intencje.

Mamy też do czynienia z hipokryzją tzw. ludzi kulturalnych. Tępią oni wszelkie subkultury, które dają młodym ludziom alternatywę i nierzadko chronią ich przed negatywnymi zjawiskami. Robią to może w sposób kontrowersyjny, ale dlaczego kontrowersje wokół dzieł Gombrowicza traktujemy z pobłażaniem? A prawda, bo Gombrowicz tylko pisał, a przecież nikt już nie czyta.

Człowiek o podwójnym imieniu

sobota, 5 Styczeń 2008

Cóż, będzie o niejakim Michale Zygmuncie, a właściwie o jego wytworze przewrotnie zatytułowanym New romantic. Przewrotna, ot wprost idealny przymiotnik do opisania tej książki. Styl jest taki, jakby mógł ją napisać dosłownie każdy, a jednak ten dziwaczny twór jest w pewien sposób ujmujący. Wydaje się krzywdzącym wkładanie do jednego worka ludzi takich jak Lech Kaczyński, Donald Tusk i Zbigniew Religa i uśmiercanie ich wszystkich, nawet na kartach książki, tylko dlatego, że wszyscy trzej panowie są wyraźnie prawicowej orientacji, co stanowi zresztą zaprzeczenie gloryfikowanych przez autora tolerancji i inności Oczekiwałem powieści “antykaczystowskiej” czy też antypisowskiej, bo jako taka była reklamowana rzeczona książka, dostałem powieść antyprawicową. Prywatnie przykry jest też dla mnie stosunek autora do kultury hip-hopowej, który przedstawia na ostatnich trzydziestu kartach omawianego utworu. Nie on jeden brutalnie spłyca moją ukochaną subkuturę (która paradoksalnie ma wiele wspólnego z ustrojem tak zwanej “sprawiedliwości społecznej”), toteż z boleścią jestem w stanie przymknąć na to oko.

Na pochwałę zasługuje całkiem sporo mniej lub bardziej celnych spostrzeżeń, czy chociażby obraz wojny na tle religijno-seksualnym przedstawiony w drugiej części powieści. Chociaż dzisiaj coś takiego brzmi raczej egzotycznie, mamy dosadną przestrogę przed ponownym oddaniem władzy w ręce PiSu lub ich podobnych (mam tu na myśli zidiociałych hipokrytów, tępo zapatrzonych w święte obrazki, gotowych badać orientację teletubisiów czy też ogłaszać Chrystusa królem państwa, które sami nazywają Rzeczpospolitą). Mimo opisanych wcześniej minusów, warto New romantic przeczytać choćby z tego jednego powodu. Dodam jeszcze, że czyta się to naprawdę szybko i choć może nie lekko to z umiarkowaną przyjemnością rosnącą wprost proporcjonalnie do lewicowych bądź anarchistycznych odchyleń światopoglądowych.

Godna choćby jednozdaniowej uwagi jest też forma. Autor opisuje wydarzenia z perspektywy i interakcji międzyludzkich trzech różnych bohaterów przy czym kończy książkę opisem śmierci tego ostatniego, spisanym z perspektywy samego bohatera… Zabieg nieczęsty, przez co ciekawy i przynajmniej w moim odczuciu, umniejszający rangę wszelakich śmierci jakie wydarzyły się w czasie trwania burzliwej akcji.

Moje uprzedzenia wynikają zapewne z nieukrywanej sympatii do PO, toteż powinno się je chyba pominąć jako niemerytoryczne. Jednym słowem: Enjoy!

And the winner is…

poniedziałek, 3 Wrzesień 2007

No i szkoła znowu się zaczęła, a wraz z nią konkretne poddenerwowanie, nie będące bezpośrednio związane z samą szkołą, ale nie czas jeszcze o tym pisać. Postanowiłem natomiast po raz pierwszy przyznać nagrodę Złotej Szubienicy i tytuł “Politycznego Kamikaze Roku”. Czy już wiecie komu? Nie? The winner is Mister Andreeeeeeeeew Lepper! W ultrakatolickim kraju osoba publiczna przyznająca się do zdrady małżonka (, co gorsza kilkakrotnej) dobrowolnie wyzbywa się resztek szacunku. Człowiek, na którym ciążą podejrzenia o molestowanie i gwałt popełnia polityczne samobójstwo, ale cóż w tej kategorii będzie panował niepodzielnie przynajmniej przez najbliższy rok. ;) A teraz:

Epitafium dla kurtyzany (3.09.2007)

Najszlachetniejsza z kurtyzan
Niechaj Cię owionie zaświatów bryza
Nie ma dla Ciebie miejsca w nowym Rzymie
Prędzej znajdziesz je na Krymie
Zdala od wielogłowego Nerona
Może zmartwychstaniesz gdy potwór ten skona
A może dusza Twa zostanie podzielona
Między dzieci co Twoimi dziedzicami
Głosić będą wolność dniami i nocami
Nie da mi nic szczęścia
Tak jak to właśnie da mi

Nie ujmowała się żadna z sióstr Twoich
Za tym co w cieniu stoi
Najzamożniejszy władca Twego gniewu się zaś boi
I cóż poczniem synowie Mieszka
Gdy wszechpotężna ulicznica między nami już nie mieszka

Oddając się dawałaś przykład oddania
Wymagałaś tylko zaangażowania
Wielu wciąż Ci się kłania
Chociaż żałobna szata Twe kształty przysłania

Zabił Cię wielogłowy Neron
Ptasim dziobem przeszywając ciało Twoje
Czy zmartwychstałas historia dopowie
I zapisze krwawe zwoje
Demokratio błogosławię imię Twoje

Koniec demokracji

czwartek, 30 Sierpień 2007

Z dniem dzisiejszym oficjalnie pożegnaliśmy w kraju demokrację. Wielu powie, że to stało się już dawno, ale dla mnie dzisiaj nastąpiły pierwsze dwa drastyczne jej pogwałcenie poprzedzone mniejszymi zamachami.

1. ABW zatrzymuje Janusza Kaczmarka pod zarzutem utrudniania śledztwa. Nie chcę się rozwodzić nad tym czy był winny czy nie, ale w demokratycznych systemach prawnych stosuje się zasadę, która się ładnie zowie “domniemaniem niewinności”. Mimo że odmawia się go Kaczmarkowi, stosuje się je w stosunku do Ziobry, bo niby minister sprawiedliwości nie mógł popełnić przestępstwa? Nie te czasy. Kiedy będziemy wszczepiać politykom chipy pozwalające sprawdzać prawdomówność, zaniechanie jakichkolwiek działań będzie uzasadnione. Każda zachodnia demokracja w podobnym wypadku postąpiłaby w ten sam sposób z oboma ministrami (,to jest urlopowałaby ich lub zdymisjonowała)

2. Choćby dowody świadczące o winie oskarżonego były niezbite, wciąż przysługuje mu prawo do obrońcy (wybranego przez siebie jeśli go stać lub z urzędu jeśli go nie stać). Ponieważ zachodzi podejrzenie, iż adwokat z urzędu mógłby działać na szkodę byłego ministra prawo do obrony we własnym zakresie jest jak najbardziej uzasadnione.

3. Sąd najwyższy wydał wyrok, z którego wynika, że strony internetowe należy rejestrować w sądzie jako tytuły prasowe. Czy podobne wymogi istnieją gdziekolwiek wspólnie z wolnymi mediami? Otóż nie.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości co do [nie]istnienia demokracji w naszym państwie? Cóż, nie zdziwię się jeśli po tym poście zostanę zmuszony do zamknięcia bloga ;)

Tak z innej beczki. Po kilkudniowej walce udało mi się uskutecznić software-mixing w moim Ubuntu

…, bo rzeczywistość trzeba komentować…

piątek, 29 Czerwiec 2007

Na świeżo kilka spostrzeżeń, które umknęły mi wczoraj lub pojawiły się dzisiaj… Pozwolę sobie ustosunkować się do komentarza Mera na temat nowej Morwy… Ciężko jest mi obiektywnie ocenić płytę składu, który robił kawał tłustego trueschoolu, a teraz serwuje coś w klimatach Liroya czy Molesty (wiesz, co mam na myśli? “To już dziesięć lat…” blablabla, po prostu na tej płycie nie było dla mnie nic nowego, a płyt retrospekcyjnych mamy już w Polsce kilka, mimo że staż kultury hip-hopowej jest raczej marny w porównaniu z tym amerykańskim. Trochę się boję, że za dwa-trzy lata już zupełnie nie będzie czego słuchać, bo na płytach będą gadki w stylu “Jestem świetny, bo nagrywam od piętnastu lat”

Dalej, Euro 2012. Miałem szczerą nadzieję, że to będzie bodziec, żeby coś się w tym dziwnym kraju zmieniło. I jakaś szansa dla tego śmiesznego rządu na częściową rehabilitację, ale co się okazało? Na staranie się o pieniądze z Unii Europejskiej jest już za późno, autor wczorajszego przeglądu prasy w “kawie czy herbacie” bardzo ładnie to podsumował mówiąc, że albo zapłacimy wyższe podatki, albo obejrzymy Euro z Włoch. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że żadna możliwość nie jest satysfakcjonująca…

Wracając do współczesnej muzyki rozrywkowej, to paradoksalnie kierunek w jakim ta zmierza jest tak dziwnie niezaskakujący, że aż chce się to skomentować. Po komercyjnym sukcesie Piotra Rubika, którego utwory, mówiąc nawiasem, zakrawają dla mnie na kpinę (przynajmniej w warstwie tekstowej, bo to prawie poezja, ale prawie robi wielką różnicę), co widzę dziś w telewizji? Nagranie Leszczy (cóż za wyszukana nazwa, określająca zarazem ich pozycję na arenie dobrej muzyki), z solistką operową (bodajże Małgorzatą Walewską)… I o to mamy przykład jak machina show-biznesu przystawia sztuce do głowy rewolwer. Bo przez łączenie muzyki poważnej z rozrywkową powstaje miszmasz, który w znacznym stopniu degeneruje tę pierwszą i bezczelnie kłamie prostym ludziom, że się ukulturalniają… A dlaczego kłamie? Bo jeżeli kultura zejdzie poniżej pewnego poziomu, staje się popkulturą. Nędzną namiastką swojej starszej i zacniejszej siostry… Trochę się rozpisałem, więc zastanawiam się czy jeszcze męczyć Was wierszem… Chyba pozwolę Wam odpocząć…