Archiwum kategorii ‘refleksje ogólne’

Shreds of hope

piątek, 5 Luty 2010

Łatwość, z jaką otwieram się na ludzi, niejednokrotnie przysporzyła mi kłopotów. Cóż jednak mogę poradzić, jeśli czasem otwarcie się jest dla mnie jedynym sposobem na odzyskanie choćby pozorów spokoju? Rozmawiałem wczoraj o mniej lub bardziej intymnych dla mnie sprawach, począwszy od mojego pogłębiającego się szowinizmu, na tytułowych strzępkach nadziei kończąc. Choć ulga przyszła z czasem, najważniejsze, że w końcu przyszła. Dziękuję Czytelniczko ;)

Pomyślałem sobie, że podobnie jak to zrobiłem w wypadku wiersza Tirade of Lucifer’s Son, warto pokusić się o tłumaczenie Ugly truth, zanim ktoś zrobi je gorzej ode mnie.

Brzydka prawda

Łudziłem się że jestem ponad to
Ale okazało się oczywistym
Że jest jak jest
Jestem niespełnioną obietnicą
Czymś za czym tęsknisz
Ale nigdy się za tym nie obejrzysz
Jakbyś nie mogła nic zrobić żeby tego nie stracić

Przeznaczone mi być zagubionym na zawsze
Ponieważ ci którzy mogliby mnie odnaleźć
Nie chcą tego zrobić
Ci którzy może i by chcieli
Nie mogą sobie na to pozwolić jednakże
Moje życie wciąż trwa
Chociaż nie ma sensu

Niektórzy mówią zawsze jest nadzieja
Ale kłamią z premedytacją
Lub po prostu się mylą
Nie sądzicie że widzę
Na czym stoi świat

Więc piszę te słowa
Odnawiam stare rany
Ale to jedyne potomstwo
Jakie dane mi będzie przyzwać
Prawda może być wyczerpująca
Ale tylko ona nadal się liczy

Morality, porn and PETA

poniedziałek, 11 Styczeń 2010

Paweł Rybicki, publicysta Pardonu, podobnie jak ja, upodobał sobie tematy okołoseksualne. Dzisiaj uraczył on swoich wiernych czytelników informacją, że PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) zdecydowała się wykorzystać w jednej ze swych kampanii, wizerunek wschodzącej gwiazdy porno, Sashy Grey.

Co mnie razi w tonie tekstu Pana Rybickiego, to fakt uzurpowania sobie decyzji, kto ma prawo wypowiadać się na tematy związane z moralnością, a kto tego prawa winien być pozbawiony. Pominę już fakt, iż kwestia sterylizacji, bądź też kastracji zwierząt domowych jest raczej luźno powiązana z moralnością, gdyż publicysta wspomina, że panna Grey miała czelność wypowiadać się na tak ważkie tematy, jak prawa kobiet i ich rola w społeczeństwie, choć w mojej opinii te kwestie są bardziej powiązane z samoświadomością. kobiet, niż z moralnością. Osobie, która celowo używa swojego ciała, zamiast pozwolić go używać jakiemuś mężczyźnie, samoświadomości odmówić nie wolno.

Możemy jednak brnąć dalej. Zakładając, że wspomniane wcześniej kwestie, rozpatrywać należy w kategoriach moralności, czy powinniśmy zabraniać komukolwiek swobodnego wyrażania myśli w tej materii?  Zwłaszcza, że według Słownika Języka Polskiego moralność to zespół powszechnie uznanych warunków, poglądów na wartości, na dobro i zło, przekonań, które wartościują określone działania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że dopóki czyjeś poglądy w danej kwestii, nie odbiegają drastycznie od ogólnego pojęcia dobra, są zgodne z moralnością. Ujmując to obrazowo, Sasha Grey, która zarabia na życie uprawiając seks w przeróżnych konfiguracjach, nie zmuszając mniej lub bardziej masowego odbiorcy do oglądania jej wygibasów, okazuje się osobą o wyższych standardach moralnych, niż nasza rodzima Doda, która bombarduje nas swoimi silikonowymi implantami, oraz niemądrymi wypowiedziami, w których aż gęsto jest od podtekstów. Przypominam, że to wszystko miewało miejsce w publicznej telewizji, przed 23:00  (może to była ta sławetna misja TVP? – Jeśli tak, upraszam władze Dwójki, oddajcie tańce na Do… Wróć… Na lodzie!)

Wydaje mi się, jednak że wiem skąd w Pawle Rybickim niechęć do kampanii PETA. Otóż zapewne wynika ona z przekonania, że osoba, która uprawia seks z pobudek innych niż chęć poczęcia potomstwa zasługuje na ogień piekielny, a my (bliźni), winniśmy ją zepchnąć na margines społeczeństwa, żeby nieboga zrozumiała, że dla własnego dobra MUSI zacząć chadzać ścieżkami Pana. Powiadam Wam wszem i wobec: największym ze znanych zboczeń seksualnych jest abstynencja. ;)

Issues

piątek, 1 Styczeń 2010

Ostatnie kilkadziesiąt dni  2009 roku upływało mi pod znakiem nauki, ale także szeroko zakrojonych rozkmin dotyczących mniej lub bardziej osobistych tematów. Rozważałem na przykład jak wyglądają moje relacje z ludźmi, co jest w tych relacjach źle i ile z tego źle wynika z mojej winy. Tym stosunkowo mrocznym przemyśleniom, wtórowały mało wesołe pozycje z mojej playlisty, takie jak Miłości nie ma dziś. O.S.T.R’a; Nie płaczę za nimi; Mesa i spółki, czy też ostatnio Zdrada ‘06, czyli zremiksowana wersja utworu z Alkopoligamii, czyli Zapisków Typa. Kilkakrotnie zasiadałem nawet do notki, którą możnaby zatytułować tłumaczeniem, któregoś z tych tytułów, a która miałaby stanowić wstęp dla któregoś z moich opowiadań. Ale teraz nie o tym.

Przy okazji sentymentalnego powrotu do teledysku do Zdrady pozwoliłem sobie na krótką wymianę zdań z użytkowniczką youtube’a. Kiedy już uznałem, że nie mam nic sensownego do dodania, z odsieczą przyszło młode wydawnictwo Alkopoligamia.com publikujące na swoich stronach teledysk do utworu  pod chwytliwym, choć nieco pretensjonalnym tytułem Powinnaś być ze mną.

Cały utwór może się wydawać taki jak jego tytuł, jednak za sprawą zwrotki wspomnianego już kilkakrotnie Mesa, dołącza do biblioteki piosenek, które streszczają mój pogląd na daną sprawę, w tym wypadku definiując kobietę, która jest warta, aby się przed nią otworzyć. Rzadko tu cokolwiek cytuję, ale skoro piszę o definicji, warto ją przytoczyć.

[...]wiesz, jara mnie to, że masz swoje zdanie i styl
Jill Scott i Aretha, wolisz te panie niż Feel
gdy słyszysz aktor myślisz teatr,  nie teleturniej
bo możesz być z artystą, nigdy z teledurniem
w łóżku krzyczysz różne rzeczy ale nigdy a – ua!
gdy idziemy na koncert Ty klaszczesz na dwa[...]
wiesz to, kochasz prawdę choćby i gorzką jesteś mi panią psycholog, nie psycholożką
nie dasz wcisnąć sobie kitu choćby cały świat go chwalił [...]

Za sprawą chwytliwości, ma szanse ów utwór trafić do stacji radiowych i telewizyjnych, a przy okazji dać do myślenia paru osobom. Ja ze swojej strony mam nadzieję, że ten wpis przeczyta Hedonistka i zda sobie sprawę z faktu, że niewiele jest dziewczyn, które spełniają kryteria definicji, nawet jeśli wyłączy się z niej różne łóżkowe krzyki.

Całej reszcie internetu wklejam klip z Youtube’a i życzę do siego roku w rytmie dobrej muzyki, cokolwiek znaczy to dla każdego z moich czytelników.

Semi-confession

poniedziałek, 16 Listopad 2009

Chociaż byłoby to nieładne z mojej strony, mógłbym tutaj wypunktować wszystkie cechy, które mnie odpychają od rodzaju ludzkiego. Mógłbym, bo wiele razy zapewniałem Was, że nie zawsze będzie tu ładnie, za to zawsze będzie “po mojemu”. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli już pozwalam sobie na “brzydkie” zachowanie, to nigdy bez powodu.

Już na tym etapie przewiduję , że mogę zupełnie niechcący zabawić się dzisiaj w moralizatora, co w wiele osób widzi źle. Przyznaję im rację, bo taki moralizator siedzi na stołeczku, czy też innym krzesełku, kisi się we własnych bąkach i serwuje mądrości w rodzaju “Jest tak, a tak być powinno…”

Żeby moja wina była choć odrobinę mniejsza, najpierw podzielę się z Wami tym, czego szczególnie nie lubię w sobie. Wybrałem dwie najbardziej irytujące mnie rzeczy, co nie znaczy, iż uważam, że posiadam jedynie dwie wady.

Pierwsza rzecz, to brak mądrości. Nie pogrywam z Wami w żadne gierki, ani nie jestem fałszywie skromny. Ludzie, którzy mnie znają zwłaszcza z różnych szkół, mówili nieraz coś w rodzaju “Jesteś taki zdolny i mądry”. O ile z pierwszą częścią tego zdania mogę się zgodzić, muszę z całą stanowczością zaprzeczyć drugiej. To, że uczę się dość szybko i łatwo, nie ma nic wspólnego z mądrością. Mądrość to zdolność widzenia tzw. szerszego obrazu, przewidywania konsekwencji własnych czynów, czy też następstw zaniechania pewnych akcji. W tej materii jestem równie wielkim ignorantem, jak praojciec Adam. Nie zdajecie sobie sprawy, jak często mówię sobie lub moim bliskim “Nie pomyślałem o tym” (pozdrawiam Maćka ;) ). Prowadzi to do intensywnych refleksji, które ostatecznie niczego nie zmieniają lub w najlepszym wypadku zmieniają dużo mniej niż bym chciał.

Druga rzecz, to ten patetyczny ton, którego teraz doświadczacie. Może on odstraszać. Czasami bardzo żałuję, że nie potrafię z ludźmi rozmawiać tak, żeby mieć stuprocentową pewność, że nie daję im wrażenia, iż próbuję udowodnić swoją wyższość. Niektórzy czują wręcz, że próbuję im wejść do głowy i ja może nawet próbuję, ale to samo tak wychodzi

Co mnie irytuje w ludziach (, a więc także i we mnie samymym)? To, że nie umiemy rozmawiać. Jeśli stwierdzicie, moi drodzy, że się powtarzam, przypominając mi tekst o Dziewczynie, to Wam powiem, że guzik prawda! Bo teraz mam na myśli, osoby które się znają, albo przynajmniej tak myślą. Bo, żeby się poznać, trzeba właśnie rozmawiać. To co robi większość z nas, to jest wymienianie się informacjami, względnie poglądami lub odczuciami. Niektórzy oprócz wymieniania się słowami, dyskutują, czyli uprawiają coś na kształt słownej szermierki, która ma z założenia prowadzić do wyłonienia zwycięzcy.

Czym wymiana i dyskusja różnią się od rozmowy? Jednym szczegółem, za to bardzo istotnym. Choćby chwilowym poczuciem więzi. Jeśli decyduję się z kimś rozmawiać, nie boje się słuchać o jego problemach, a wręcz tego pragnę. Prawdziwa rozmowa ma pewne cechy modlitwy i seksu. Z jednej strony, kiedy z kimś rozmawiasz zaglądasz w swoją duszę. Jesteś też gotów zgłębić duszę swojego partnera, tak jak byłbyś gotów zgłębiać zamiary dowolnego bóstwa, gdyby tylko raczyło zesłać Ci objawienie. Oprócz tego, rozmowa “od serca” jest doświadczeniem bardzo intymnym. Tylko zboczeńcy uprawiają takie rozmowy grupowo. ;) Mówiąc jednak zupełnie poważnie, dialog który można nazwać rozmową wychodzi najlepiej dwojgu ludziom, pod warunkiem, że oboje się starają. Na ile mi wiadomo, tak samo jest w seksie.

Puentą niech będzie stwierdzenie, że każdy czasem potrzebuje się otworzyć. Im wcześniej przestaniemy się tego wstydzić, tym lepiej. Upewnijcie się jednak, że jeśli ktoś już zdecyduje się Wam zaufać, to potraktujecie go tak dobrze, jak na to zasługuje.

Shaping reality…

czwartek, 5 Listopad 2009

Prawdopodobnie nie świadczy to o mojej poularności jako blogera zbyt dobrze, ale cieszę się z obu komentarzy pod wczorajszym wpisem. Po pierwsze dlatego, że są one najlepszym dowodem na to, że ktoś jednak czyta to, co tutaj wypisuje, po drugie zaś dlatego, że pochodzą od osób, z którymi, z różnych przyczyn, miałem ostatnio mocno ograniczony kontakt.

Tyle tytułem wstępu, ale nie będzie mniej ckliwie. Może być nawet trochę pretensjonalnie, ale skoro przeżywam tydzień nietypowych wyznań, niech tak będzie. Zobaczyłem dziś dziewczynę. Moją uczelnię można określić mianem sfeminizowanej, więc to raczej naturalne, że widuje osoby płci żeńskiej. Dziewczyna, nie była ani piękna, ani brzydka, ot po prostu przeciętna. Poza jednym szczegółem: promieniowała smutkiem.

Nie lubię negatywnych emocji wokół siebie, choć czasami sam sprawiam wrażenie człowieka zgorzkniałego. Zdobyłem się nawet na kilka słów skierowanych do Dziewczyny. Odpowiadała zdawkowo, wyraźnie pragnąc jak najszybszego zakończenia dialogu. Trudno się Jej dziwić, mało kto szczerze odpowie na pytanie “Czy wszystko w porządku?”, facetowi którego kojarzy najwyżej z widzenia. Z jakichś masochistycznych powodów, których nie umiem sprecyzować, chciałem podzielić troski Dziewczyny. Chciałem mówić jej, że “wiem jak to jest”, choć wiedziałem jak banalne jest to stwierdzenie. Miałem też świadomość, że nie wypowiem tych słów, dopóki Ona nie zaprosi mnie do rozmowy, chociażby przelotnym spojrzeniem.

Kiedy myślę o tym głębiej, dochodzę do wniosku, że chodziło właśnie o Jej oczy. Zwyczajne oczy (nie zapamiętałem nawet koloru), dodajmy. Jednak takie, które w swojej zwyczajności nie zasłużyły na cierpienie, które wyrażały. Patrzyłem na Nią długo, w nadziei, że i ona spojrzy, co nie pozwoli Jej uniknąć wznowienia rozmowy. Myślami jednak była na tyle daleko, że nie mogła mnie zauważyć.

Dlaczego piszę to wszystko? Tego bloga czyta moja rodzina, znajomi, być może też przypadkowi internauci. Po co miałbym zapraszać ich do snucia teorii o tym, że prawdopodobnie znowu zakochałem się bez sensu. Takie teorie mogłyby przecież powstać nawet, a może szczególnie, gdybym temu stanowczo zaprzeczył. Poza tym, przyznanie się do wrażliwości tego rodzaju, jest dziś strzałem w stopę. Wielu z chęcią okrzyknie mnie psychopatą lub w najlepszym wypadku człowiekiem nieprzystosowanym do panujących realiów. Wychodzę jednak z założenia, że to my powinniśmy kształtować realia, a nie realia nas.

Dziewczyna zupełnie nieświadomie sprawiła, że doszedłem do wniosku, iż sytuacja, w której boimy się rozmawiać z drugim człowiekiem, nie jest dobra. Może być uzasadniona, nawet ogólnie akceptowana i praktykowana, ale nigdy naturalna. I tym przemyśleniem musiałem się z Wami podzielić.

Jeśli ktoś dobrnął do końca tej nomen omen żałosnej historii, zapraszam do rejestrowania się na blogu. Dzięki temu, drogą mailową, będziecie dostawać powiadomienia, o nowym marudzeniu prosto spod moich palców :)

Curse of awareness

środa, 18 Luty 2009

Nawet nie wiem, jak zacząć ten tekst… Chyba po prostu stwierdzę, że będzie bardziej blogowo niż kiedykolwiek, a ja nawet nie mam siły się tego wstydzić… Dzieciom i niepełnoletniej młodzieży mówię: dorosłość jest do bani i zrozumiecie to, gdy tylko przekroczycie ten próg… I nie mówię tu wcale o pełnoletności, tylko o pierwszym prawdziwym zderzeniu z rzeczywistością. Dorosłym zaś mówię: “mieliście rację… I nie macie pojęcia jak bardzo wstydzę się niedojrzałego przeświadczenia, że dorosłość jest czymś na co warto czekać.” Przeświadczenie to odeszło w przeszłość, jednak mroczne rejestry pamięci będą go pilnować jak największego skarbu. Żyję na świecie dokładnie od 7181 dni, a wiem tylko tyle, że świadomość najgorszą z klątw jest. Czyli w zasadzie nie wiem nic. Według standardów Sokratesa jestem prawdziwie mądrym człowiekiem, dajcie mi zatem maturę lub od razu tytuł magistra filozofii, albo zabierzcie mi tę mądrość. Nie chcę jej! Chcę być normalnym nastolatkiem. Maturzystą, który wie, że MUSI zdać maturę, bo MUSI studiować jeśli w ogóle ma mieć szansę, żeby zarobić na życie.

Ale nie… Problemem nie jest tu brak wiedzy odnośnie poruszanej kwestii. Problemem jest to, że nie potrafię przełożyć tej wiedzy na logiczne działania. A nikt nie zrobi tego za mnie. Nie zrobi tego brat, który między innymi dlatego chce wrócić z wysp brytyjskich, nie zrobi tego Angela, która powtarza mi “ucz się!”, nie zrobi tego Ania, która próbuje we mnie tłumić tę niszczącą siłę, zwaną czasem wyrzutami sumienia. Żadne z nich tego nie zmieni… I nie piszę tych słów po to, żeby kogokolwiek zdeprymować . Po prostu w tej chwili nie jestem pewien, czy sam potrafię to zrobić…

Mam ochotę robić tysiące różnych rzeczy… Mniej lub bardziej głupich, czy bezużytecznych. Istotny jest jedynie fakt, że nie ma wśród nich nauki.  To tak, jakbym stojąc u jakiegoś mistycznego wejścia desperacko trzymał się futryny zamiast zrobić krok do przodu. W rozmowach z kilkoma osobami, często używałem zresztą tego porównania.

Mogę zdać maturę z posiadanym zasobem wiedzy i umiejętności. Mogę też jej nie zdać. Każdego normalnego człowieka pchnęło by to do działania. Mnie niszczy od środka.

Debut & help

środa, 11 Luty 2009

Cóż, reklama jest wszechobecna, więc i ja się pochwalę. Otóż dzisiaj na alkopoligamia.com opublikowano mój tekst. Wprawdzie mocno mi go okrojono, ale i tak jestem z siebie dumny, gdyż jest to mój debiut poza tym blogiem. Ponadto rzeczony tekst napisany był, jak to mówią, “od niechcenia”. Liczę na to, że poznam Waszą opinię na jego temat.

Jednocześnie, żeby nie być samolubnym, proszę Was o wsparcie dla mojego kolegi Frosta, który ma nadzieję osiągnąć swoim wpisem na dailytech.pl stronę główną serwisu Wykop.pl.

Koniec reklamy. :P

O wdzięczności rozważania

piątek, 7 Wrzesień 2007

Odwołuję wczorajsze narzekania na działanie Mefistofelesa w moim życiu, bo to, co działo się dzisiaj, bije wczorajsze zdarzenia na głowę, ale nie chce mi się o tym pisać, bo i tak robi tu się coraz bardziej blogowo. Powiedzcie, że jestem zarozumiały, zadufany w sobie et cetera et cetera, ale muszę skrystalizować swój pogląd na wdzięczność na Waszych oczach. Otóż, nie mam zwyczaju dziękować ludziom, których pomoc umożliwia mi w miarę normalne funkcjonowanie. Dlaczego? Bo mógłbym spędzać dzień po dniu na dziękowaniu szeregowi osób, które żyją obok mnie i czemu by to służyło? Połechtaniu ich poczucia wartości. Można dojść do wniosku, że moje zachowanie jest przejawem chamstwa czy braku wychowania. Ja to oceniam jako pragmatyzm. Zastanówmy się czy jeżeli ktoś aktywnie uczestniczy w czyimś życiu na co dzień, nie można tego w końcu uznać za oczywistość? Działa tu rutyna podobna do małżeńskiej, gorsza o tyle, że wybierając żonę / męża wybierzesz taką / takiego, który będzie rozumiał, albo przynajmniej tolerował Twoje mniejsze czy większe dziwactwa. Z drugiej strony, czy to, że zawdzięczasz komuś wiele, daje mu nieomylność i prawo pierwszeństwa? To tak, jak z rzekomą nieomylnością papieży, którą rzekomo przekazał Piotr swoim następcom. Tylko niech ktoś mi łaskawie wytłumaczy, jak on mógł przekazać dalej coś, czego sam nie miał? Cóż człowiek jest tak skonstruowany, że mając do wyboru dobro własne i dobro bliźniego wybierze własne (poza rzadkimi wyjątkami i bajkami) i czy można go za to winić? Mała analogia: Dajemy prezenty najbliższym raczej z potrzeby serca, a nie po to, żeby ktoś był wdzięczny, prawda? Jeżeli uzewnętrzniana wdzięczność jest celem samym w sobie to prezent jest nic niewarty, choćby był najwspanialszy, bo dając coś niby bezinteresownie, jednak oczekiwaliśmy czegoś w zamian i nic nie zmienia fakt, że wymuszona nagroda za naszą “wspaniałomyślność” nie jest materialna
Na koniec przepraszam wszystkich, którym nie podziękowałem za różne rzeczy i niech brak podziękowania okaże się najlepszym podziękowaniem…

Post Scriptum…

piątek, 18 Maj 2007

Bardzo chciałem napisać poetyckie epitafium dla Fabiana, ale moje zmęczenie psychiczne i zdenerwowanie pewnymi czynnikami nie pozwala mi na to… Skończy się na krótkim post scriptum, spisanym prozą… Myślałem o tym wszystkim wczoraj i stwierdziłem, że mimo, iż śmierć zawsze jest tragedią, to była to wcale nienajgorsza śmierć jaka może się przytrafić człowiekowi… Chodzi mi o to, że też chciałbym umrzeć robiąc to, co kocham… Staram się nie postrzegać tego w kategoriach niesprawiedliwości… Młodzi ludzie giną w taki czy inny sposób każdego dnia… Po prostu tak jest i nie wolno walić głową w mur… To trudny temat, więc pozwolę sobie zakończyć

Zmęczony…

czwartek, 17 Maj 2007

Kiedy tak przeglądam blogi moje i Mera, dochodzę do wniosku, że w podobnym czasie mamy podobne przemyślenia… Nie pisałem tu nic od dwóch dni, bo tak naprawdę nie ma o czym pisać… No może poza tym,  że czuję potrzebę wspomnienia o śmierci niespełna szesnastoletniego Fabiana Jońskiego… Jak to się stało, nie wiem dokładnie, nie wiadomo czy wypadek, który do tego doprowadził to wina jego czy kobiety, z którą się zderzył… W każdym razie to zdarzenie poruszyło przynajmniej tę połowę miasta, w której mieszkam… To dobrze, bo daje to jakiś wyraz człowieczeństwa w co raz mniej ludzkim społeczeństwie, ale takie okazje do zadumy nie wpływają na mnie dobrze, szczególnie kiedy większość rzeczy wychodzi mi gorzej niż bym tego chciał…