Migraine, heartburn and dad

13 stycznia 2010

Pani Migrena bije ostatnio rekordy nachalności. W ciągu ostatnich czterech dni nawiedziła mnie trzy razy. Z pomocą, (a konkretniej niezwykle skutecznym medykamentem Cinie) przychodzą jednak czeskie bratanki. Wygląda na to, że do listy powodów, dla których lubię naszych południowych sąsiadów dołączą talenta farmaceutyczne. Jak do tej pory na owej liście znajdują się piękne kobiety, dobre filmy, miły dla ucha język i zdrowe podejście do prostytucji (tak wiem, że robią też genialne piwa i że zalegalizowali narkotyki, ale nie jestem smakoszem żadnej z tych substancji). W zasadzie to wszystko sprawia, że mógłbym się przeprowadzić do Czech, gdyby tylko nadarzyła się okazja.

Nawiązując jednak do tytułu, co najmniej od tygodnia chodziły za mną chipsy serowo-cebulowe. Kiedy wreszcie kupiłem sobie paczkę, a ojciec na jej widok straszył zgagą, stwierdziłem, że to idealny pretekst, aby wkleić Wam ten wiersz. Co prawda powstał on z nieco bardziej górnolotnych pobudek, ale muszę się jeszcze pouczyć na jutrzejsze kolokwium z historii, więc nie mam czasu, ochoty, ani nawet chęci prezentować Wam szerzej kulisów jego powstania:

Tacie (13.10.2009)

Chociaż zawsze chcesz najlepiej
Ja czasem muszę po swojemu
To prawo do decyzji
Którego pragnę jak tlenu
Co mnie uczyni mężczyzną
Jeśli nie własne zdanie
Jeśli nie teraz to kiedy
Nim się stanę

Bardziej niż myślisz
Szanuję Twoje zdanie
Ja tylko szukam czegoś
Co po mnie zostanie
Czy to znajdę nie wiem
W ciepły dzień i obok Ciebie

Nie zawsze jestem odpowiedzialny
Nigdy też nie byłem synem idealnym
Ale wszystko kwestią pracy
I wzajemnego zaufania
Moje już masz
Tylko Twojego chcę w zamian

Morality, porn and PETA

11 stycznia 2010

Paweł Rybicki, publicysta Pardonu, podobnie jak ja, upodobał sobie tematy okołoseksualne. Dzisiaj uraczył on swoich wiernych czytelników informacją, że PETA (organizacja walcząca o prawa zwierząt) zdecydowała się wykorzystać w jednej ze swych kampanii, wizerunek wschodzącej gwiazdy porno, Sashy Grey.

Co mnie razi w tonie tekstu Pana Rybickiego, to fakt uzurpowania sobie decyzji, kto ma prawo wypowiadać się na tematy związane z moralnością, a kto tego prawa winien być pozbawiony. Pominę już fakt, iż kwestia sterylizacji, bądź też kastracji zwierząt domowych jest raczej luźno powiązana z moralnością, gdyż publicysta wspomina, że panna Grey miała czelność wypowiadać się na tak ważkie tematy, jak prawa kobiet i ich rola w społeczeństwie, choć w mojej opinii te kwestie są bardziej powiązane z samoświadomością. kobiet, niż z moralnością. Osobie, która celowo używa swojego ciała, zamiast pozwolić go używać jakiemuś mężczyźnie, samoświadomości odmówić nie wolno.

Możemy jednak brnąć dalej. Zakładając, że wspomniane wcześniej kwestie, rozpatrywać należy w kategoriach moralności, czy powinniśmy zabraniać komukolwiek swobodnego wyrażania myśli w tej materii?  Zwłaszcza, że według Słownika Języka Polskiego moralność to zespół powszechnie uznanych warunków, poglądów na wartości, na dobro i zło, przekonań, które wartościują określone działania. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że dopóki czyjeś poglądy w danej kwestii, nie odbiegają drastycznie od ogólnego pojęcia dobra, są zgodne z moralnością. Ujmując to obrazowo, Sasha Grey, która zarabia na życie uprawiając seks w przeróżnych konfiguracjach, nie zmuszając mniej lub bardziej masowego odbiorcy do oglądania jej wygibasów, okazuje się osobą o wyższych standardach moralnych, niż nasza rodzima Doda, która bombarduje nas swoimi silikonowymi implantami, oraz niemądrymi wypowiedziami, w których aż gęsto jest od podtekstów. Przypominam, że to wszystko miewało miejsce w publicznej telewizji, przed 23:00  (może to była ta sławetna misja TVP? – Jeśli tak, upraszam władze Dwójki, oddajcie tańce na Do… Wróć… Na lodzie!)

Wydaje mi się, jednak że wiem skąd w Pawle Rybickim niechęć do kampanii PETA. Otóż zapewne wynika ona z przekonania, że osoba, która uprawia seks z pobudek innych niż chęć poczęcia potomstwa zasługuje na ogień piekielny, a my (bliźni), winniśmy ją zepchnąć na margines społeczeństwa, żeby nieboga zrozumiała, że dla własnego dobra MUSI zacząć chadzać ścieżkami Pana. Powiadam Wam wszem i wobec: największym ze znanych zboczeń seksualnych jest abstynencja. ;)

Issues

1 stycznia 2010

Ostatnie kilkadziesiąt dni  2009 roku upływało mi pod znakiem nauki, ale także szeroko zakrojonych rozkmin dotyczących mniej lub bardziej osobistych tematów. Rozważałem na przykład jak wyglądają moje relacje z ludźmi, co jest w tych relacjach źle i ile z tego źle wynika z mojej winy. Tym stosunkowo mrocznym przemyśleniom, wtórowały mało wesołe pozycje z mojej playlisty, takie jak Miłości nie ma dziś. O.S.T.R’a; Nie płaczę za nimi; Mesa i spółki, czy też ostatnio Zdrada ‘06, czyli zremiksowana wersja utworu z Alkopoligamii, czyli Zapisków Typa. Kilkakrotnie zasiadałem nawet do notki, którą możnaby zatytułować tłumaczeniem, któregoś z tych tytułów, a która miałaby stanowić wstęp dla któregoś z moich opowiadań. Ale teraz nie o tym.

Przy okazji sentymentalnego powrotu do teledysku do Zdrady pozwoliłem sobie na krótką wymianę zdań z użytkowniczką youtube’a. Kiedy już uznałem, że nie mam nic sensownego do dodania, z odsieczą przyszło młode wydawnictwo Alkopoligamia.com publikujące na swoich stronach teledysk do utworu  pod chwytliwym, choć nieco pretensjonalnym tytułem Powinnaś być ze mną.

Cały utwór może się wydawać taki jak jego tytuł, jednak za sprawą zwrotki wspomnianego już kilkakrotnie Mesa, dołącza do biblioteki piosenek, które streszczają mój pogląd na daną sprawę, w tym wypadku definiując kobietę, która jest warta, aby się przed nią otworzyć. Rzadko tu cokolwiek cytuję, ale skoro piszę o definicji, warto ją przytoczyć.

[...]wiesz, jara mnie to, że masz swoje zdanie i styl
Jill Scott i Aretha, wolisz te panie niż Feel
gdy słyszysz aktor myślisz teatr,  nie teleturniej
bo możesz być z artystą, nigdy z teledurniem
w łóżku krzyczysz różne rzeczy ale nigdy a – ua!
gdy idziemy na koncert Ty klaszczesz na dwa[...]
wiesz to, kochasz prawdę choćby i gorzką jesteś mi panią psycholog, nie psycholożką
nie dasz wcisnąć sobie kitu choćby cały świat go chwalił [...]

Za sprawą chwytliwości, ma szanse ów utwór trafić do stacji radiowych i telewizyjnych, a przy okazji dać do myślenia paru osobom. Ja ze swojej strony mam nadzieję, że ten wpis przeczyta Hedonistka i zda sobie sprawę z faktu, że niewiele jest dziewczyn, które spełniają kryteria definicji, nawet jeśli wyłączy się z niej różne łóżkowe krzyki.

Całej reszcie internetu wklejam klip z Youtube’a i życzę do siego roku w rytmie dobrej muzyki, cokolwiek znaczy to dla każdego z moich czytelników.

Semi-confession

16 listopada 2009

Chociaż byłoby to nieładne z mojej strony, mógłbym tutaj wypunktować wszystkie cechy, które mnie odpychają od rodzaju ludzkiego. Mógłbym, bo wiele razy zapewniałem Was, że nie zawsze będzie tu ładnie, za to zawsze będzie “po mojemu”. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli już pozwalam sobie na “brzydkie” zachowanie, to nigdy bez powodu.

Już na tym etapie przewiduję , że mogę zupełnie niechcący zabawić się dzisiaj w moralizatora, co w wiele osób widzi źle. Przyznaję im rację, bo taki moralizator siedzi na stołeczku, czy też innym krzesełku, kisi się we własnych bąkach i serwuje mądrości w rodzaju “Jest tak, a tak być powinno…”

Żeby moja wina była choć odrobinę mniejsza, najpierw podzielę się z Wami tym, czego szczególnie nie lubię w sobie. Wybrałem dwie najbardziej irytujące mnie rzeczy, co nie znaczy, iż uważam, że posiadam jedynie dwie wady.

Pierwsza rzecz, to brak mądrości. Nie pogrywam z Wami w żadne gierki, ani nie jestem fałszywie skromny. Ludzie, którzy mnie znają zwłaszcza z różnych szkół, mówili nieraz coś w rodzaju “Jesteś taki zdolny i mądry”. O ile z pierwszą częścią tego zdania mogę się zgodzić, muszę z całą stanowczością zaprzeczyć drugiej. To, że uczę się dość szybko i łatwo, nie ma nic wspólnego z mądrością. Mądrość to zdolność widzenia tzw. szerszego obrazu, przewidywania konsekwencji własnych czynów, czy też następstw zaniechania pewnych akcji. W tej materii jestem równie wielkim ignorantem, jak praojciec Adam. Nie zdajecie sobie sprawy, jak często mówię sobie lub moim bliskim “Nie pomyślałem o tym” (pozdrawiam Maćka ;) ). Prowadzi to do intensywnych refleksji, które ostatecznie niczego nie zmieniają lub w najlepszym wypadku zmieniają dużo mniej niż bym chciał.

Druga rzecz, to ten patetyczny ton, którego teraz doświadczacie. Może on odstraszać. Czasami bardzo żałuję, że nie potrafię z ludźmi rozmawiać tak, żeby mieć stuprocentową pewność, że nie daję im wrażenia, iż próbuję udowodnić swoją wyższość. Niektórzy czują wręcz, że próbuję im wejść do głowy i ja może nawet próbuję, ale to samo tak wychodzi

Co mnie irytuje w ludziach (, a więc także i we mnie samymym)? To, że nie umiemy rozmawiać. Jeśli stwierdzicie, moi drodzy, że się powtarzam, przypominając mi tekst o Dziewczynie, to Wam powiem, że guzik prawda! Bo teraz mam na myśli, osoby które się znają, albo przynajmniej tak myślą. Bo, żeby się poznać, trzeba właśnie rozmawiać. To co robi większość z nas, to jest wymienianie się informacjami, względnie poglądami lub odczuciami. Niektórzy oprócz wymieniania się słowami, dyskutują, czyli uprawiają coś na kształt słownej szermierki, która ma z założenia prowadzić do wyłonienia zwycięzcy.

Czym wymiana i dyskusja różnią się od rozmowy? Jednym szczegółem, za to bardzo istotnym. Choćby chwilowym poczuciem więzi. Jeśli decyduję się z kimś rozmawiać, nie boje się słuchać o jego problemach, a wręcz tego pragnę. Prawdziwa rozmowa ma pewne cechy modlitwy i seksu. Z jednej strony, kiedy z kimś rozmawiasz zaglądasz w swoją duszę. Jesteś też gotów zgłębić duszę swojego partnera, tak jak byłbyś gotów zgłębiać zamiary dowolnego bóstwa, gdyby tylko raczyło zesłać Ci objawienie. Oprócz tego, rozmowa “od serca” jest doświadczeniem bardzo intymnym. Tylko zboczeńcy uprawiają takie rozmowy grupowo. ;) Mówiąc jednak zupełnie poważnie, dialog który można nazwać rozmową wychodzi najlepiej dwojgu ludziom, pod warunkiem, że oboje się starają. Na ile mi wiadomo, tak samo jest w seksie.

Puentą niech będzie stwierdzenie, że każdy czasem potrzebuje się otworzyć. Im wcześniej przestaniemy się tego wstydzić, tym lepiej. Upewnijcie się jednak, że jeśli ktoś już zdecyduje się Wam zaufać, to potraktujecie go tak dobrze, jak na to zasługuje.

Support appreciated!

10 listopada 2009

Dzisiaj krótkie ogłoszenie parafialne. Biorę udział w konkursie fotograficznym organizowanym przez dailytech.pl. Proszę wszystkich chętnych o wsparcie mnie poprzez głosowanie pod tym linkiem .

Z góry dziękuję :)

Shaping reality…

5 listopada 2009

Prawdopodobnie nie świadczy to o mojej poularności jako blogera zbyt dobrze, ale cieszę się z obu komentarzy pod wczorajszym wpisem. Po pierwsze dlatego, że są one najlepszym dowodem na to, że ktoś jednak czyta to, co tutaj wypisuje, po drugie zaś dlatego, że pochodzą od osób, z którymi, z różnych przyczyn, miałem ostatnio mocno ograniczony kontakt.

Tyle tytułem wstępu, ale nie będzie mniej ckliwie. Może być nawet trochę pretensjonalnie, ale skoro przeżywam tydzień nietypowych wyznań, niech tak będzie. Zobaczyłem dziś dziewczynę. Moją uczelnię można określić mianem sfeminizowanej, więc to raczej naturalne, że widuje osoby płci żeńskiej. Dziewczyna, nie była ani piękna, ani brzydka, ot po prostu przeciętna. Poza jednym szczegółem: promieniowała smutkiem.

Nie lubię negatywnych emocji wokół siebie, choć czasami sam sprawiam wrażenie człowieka zgorzkniałego. Zdobyłem się nawet na kilka słów skierowanych do Dziewczyny. Odpowiadała zdawkowo, wyraźnie pragnąc jak najszybszego zakończenia dialogu. Trudno się Jej dziwić, mało kto szczerze odpowie na pytanie “Czy wszystko w porządku?”, facetowi którego kojarzy najwyżej z widzenia. Z jakichś masochistycznych powodów, których nie umiem sprecyzować, chciałem podzielić troski Dziewczyny. Chciałem mówić jej, że “wiem jak to jest”, choć wiedziałem jak banalne jest to stwierdzenie. Miałem też świadomość, że nie wypowiem tych słów, dopóki Ona nie zaprosi mnie do rozmowy, chociażby przelotnym spojrzeniem.

Kiedy myślę o tym głębiej, dochodzę do wniosku, że chodziło właśnie o Jej oczy. Zwyczajne oczy (nie zapamiętałem nawet koloru), dodajmy. Jednak takie, które w swojej zwyczajności nie zasłużyły na cierpienie, które wyrażały. Patrzyłem na Nią długo, w nadziei, że i ona spojrzy, co nie pozwoli Jej uniknąć wznowienia rozmowy. Myślami jednak była na tyle daleko, że nie mogła mnie zauważyć.

Dlaczego piszę to wszystko? Tego bloga czyta moja rodzina, znajomi, być może też przypadkowi internauci. Po co miałbym zapraszać ich do snucia teorii o tym, że prawdopodobnie znowu zakochałem się bez sensu. Takie teorie mogłyby przecież powstać nawet, a może szczególnie, gdybym temu stanowczo zaprzeczył. Poza tym, przyznanie się do wrażliwości tego rodzaju, jest dziś strzałem w stopę. Wielu z chęcią okrzyknie mnie psychopatą lub w najlepszym wypadku człowiekiem nieprzystosowanym do panujących realiów. Wychodzę jednak z założenia, że to my powinniśmy kształtować realia, a nie realia nas.

Dziewczyna zupełnie nieświadomie sprawiła, że doszedłem do wniosku, iż sytuacja, w której boimy się rozmawiać z drugim człowiekiem, nie jest dobra. Może być uzasadniona, nawet ogólnie akceptowana i praktykowana, ale nigdy naturalna. I tym przemyśleniem musiałem się z Wami podzielić.

Jeśli ktoś dobrnął do końca tej nomen omen żałosnej historii, zapraszam do rejestrowania się na blogu. Dzięki temu, drogą mailową, będziecie dostawać powiadomienia, o nowym marudzeniu prosto spod moich palców :)

Praise may be to Sailor Moon!

4 listopada 2009

Oryginalnie ten wpis miał wylądować na flakerze, czyli na mikroblogu, z którego mój wycinek widzicie z boku. Podobnie zresztą jak przycisk “Dodaj do śledzika” i inne niewiele znaczące zabawki. Rozpisałem się jednak na tyle, że stwierdziłem, iż wklejanie takiego tekstu na flakera zaprzeczy jego idei. Zacznijmy jednak od tego, że muszę się Wam do czegoś przyznać. Po tym wyznaniu pewnie niektórzy stwierdzą, że jestem gejem, lub że mam inne zaburzenia psychiczne. Otóż w dzieciństwie bardzo chętnie oglądałem Sailor Moon, znaną w Polsce  jako Czarodziejka z Księżyca. Gdy zobaczyłem tę dziewczynę, moje serce zabiło szybciej.

Generalnie nie jestem zwolennikiem ekstensywnego makijażu, a w wielu sytuacjach wręcz jest on dla mnie rażący i nieuzasadniony, jednak w tym wypadku jest to nie tylko makijaż, lecz kreacja, która wymagała nie tylko urody, ale także kompleksowego przemyślenia. Gdyby przypadkiem okazało się, że wśród moich czytelniczek są fanki ekstremalnych metamorfoz, wklejam także film z youtube’a, w którym krok po kroku, ta niebrzydka skąd inąd dzierlatka, pokazuje w jaki sposób osiągnęła efekt końcowy( muzyka pozostawia wiele do życzenia, ale najwyżej ją wyciszycie, a jak mawia mój kolega z grupy “nie moszna mieć wszystkiego”) .

Jak widać w “podobnych filmach” Michelle, o ile to jej prawdziwe imię, specjalizuje się w tego rodzaju przebierankach (choć jest to słowo pozbawione szacunku, jaki zyskała sobie u mnie, stając się moją ulubioną bohaterką z dzieciństwa).

Na koniec pragnę przeprosić, jeśli to co dzisiaj napisałem brzmi bełkotliwie. Wiecie, między jednym kolokwium, a trzema następnymi, banalne rzeczy przestają być takimi. Podkreślmy to jednak ponownie

Chwała niech będzie Czarodziejce z Księżyca!

… i jej żywemu obrazowi. ;)

Responsibility

14 października 2009

Wczoraj byłem w kinie na Galeriankach. Na film ten czekałem odkąd tylko usłyszałem, że powstaje, czyli co najmniej od pół roku. Budzi on skrajne emocje, co widać chociażby po spektrum komentarzy na filmwebie. Oprócz prawd, które wynikają wprost z treści filmu, potwierdza się tu prawo, które od dawien dawna rządzi światem rozrywki – “Jeśli coś <<zagotuje>> choćby część odbiorców, to dobrze się sprzedaje” ( w ciągu siedemnastu dni wyświetlania – prawdopodobnie liczone do niedzieli włącznie – obraz ten obejrzało ponad 312 tysięcy widzów).

Internauci skarżą się na słabą grę aktorską odtwórczyń głównych ról, dialogi nieudolnie naśladujące młodzieżowy slang i tym podobne. Czy można jednak wymagać profesjonalizmu od debiutantek? Jakimkolwiek doświadczeniem dysponują tutaj Magdalena Ciurzyńska (w wersji kinowej Julia, w etiudzie główna bohaterka) i Dagmara Krasowska (Milena), która zagrała dotąd w zaledwie trzydziestominutowej produkcji o jakże ambitnym tytule W krainie jaskrawych zabawek. Drugi zarzut jest o tyle kuriozalny, że fragmentaryczne kwestie z filmu pojawiły się już na płycie O.S.T.R-a wydanej 27 lutego. Znaczy to ni mniej ni więcej tyle, że całość była prawdopodobnie sfilmowana do końca 2008 roku. Slang ma zaś to do siebie, że zmienia się niemal z miesiąca na miesiąc, a ponadto różni się niuansami w różnych regionach i grupach wiekowych.

Jedyny zarzut z jakim po części się zgadzam to za bardzo otwarte zakończenie. W filmie, co prawda nie wszystko trzeba powiedzieć dosłownie, ale popularyzatorzy łatwych w odbiorze seriali i schematycznych produkcyjek, gdzie jak ktoś wygrywa to jednoznacznie, rozleniwili przeciętnego widza. Ze smutkiem przyznaję, że i ja padłem ich ofiarą, bo choć Katarzyna Rosłaniec chciała zakończyć swój film nieszablonowo, nie do końca trafił do mnie sposób w jaki to zrobiła.

Chciałbym się jednak skupić na tych aspektach powyższej produkcji, które zainteresują psychologów i socjologów. Nastolatki sprzedają się – oczywiście nie wszystkie – ale jednak. Mer stwierdził kilka tygodni temu w rozmowie ze mną, że omawiany obraz wyolbrzymia całe zjawisko. Nie mogę się z tym zgodzić. Cztery dziewczęta w słabej klasie niezbyt dobrego warszawskiego gimnazjum, to nie jest liczba przesadzona, chociaż wystarczająca, aby wywołać niepokój lub przynajmniej debatę publiczną.

Konsekwentnie zmierzam do stwierdzenia, że wszyscy jesteśmy rodzicami galerianek. Podkreślam, że nie posądzam każdej gimnazjalistki o prostytucję. Abyście jednak zrozumieli, co mam na myśli, muszę napisać co rozumiem pod pojęciem rodzicielstwa. Otóż rodzicielstwo to dla mnie bezpośredni wkład w stworzenie jednostki ludzkiej, a w późniejszej fazie także wychowanie tej jednostki. Dziecko w pierwszej kolejności uczy się podpatrując. I widzi, że w życiu liczą się przede wszystkim pieniądze, które nigdy nie śmierdzą; że mężczyźni zrobią niemal wszystko o co poprosi półnaga kobieta i że nawet jeśli taka kobieta nie ma żadnego talentu, wystarczy gdy wypnie pupę i poudaje że jej się podoba. Tak tworzą się podwaliny systemu wartości i podświadomość. Kiedy przychodzi czas na wychowanie, mówimy dzieciom że niektóre zachowania są niedobre, ale albo sami robimy to, co okrzyknęliśmy złym, albo zdajemy się na telewizję, która utrwala  hedonistyczne postawy. I koło się zamyka.

Jestem ojcem galerianek. Wszystkich. Czytelniku (Czytelniczko), poczuwasz się do odpowiedzialności za te dziewczęta?

Dreams about indepencence

11 października 2009

Zmieniłem lokalizację bloga. Dla Was znaczy to tyle, że gdy klikacie na konkretny wpis, nie zmienia Wam się adres. Dla mnie oznacza to szereg rzeczy, zaczynając od wydatku 45 złotych rocznie, poprzez lepszą indeksację bloga w wyszukiwarkach i zgrabniejsze odnośniki na innych stronach, na wzroście niezależności kończąc. Teraz to ode mnie zależy jakie nowe funkcjonalności tu wprowadzę. Uczcimy to nieco szowinistycznym wierszem, będącym podsumowaniem poglądów wyrażonych w krótkiej wymianie zdań z koleżanką z grupy (pozdrawiam Anetę ;) ). Wbrew tytułowi nie jest on wymierzony w żadną konkretną niewiastę.

Kobieto (11.10.2009)

Jeśli mam być szczery
Ja znam te twoje numery
Masz coś w sobie z Hery
Tej bogini greckiej
Niebywale niecnej

Intrygujesz
Bo nikt jeszcze nie zgadł
Co naprawdę czujesz
Snujesz też intrygi
Bo choć zwykle piękną jesteś
Usposobienie masz strzygi

Biada nam wielbicielom twoim
Bo przewidujemy swój los
A nadal gotowi dwoić się
Jesteśmy i troić
Byś tylko spojrzała
Lub trochę ciepła
Sławetnego nam dała

HGW, thank you!

3 października 2009

W czwartek widziałem bardzo dobry film. Mianowicie Życie na podsłuchu. Opowiada on historię pisarza z NRD, który pomimo swojego komformizmu jest podsłuchiwany przez Stasi. Przydzielony mu oficer, choć do tej pory zachowywał się profesjonalnie, czyli bezwzględnie, zaczyna współczuć figurantowi. Nie chcę zdradzać założeń fabuły wprost, więc ograniczę się do wiersza, który powstał po powrocie z seansu.

(…)

Zabili człowieka
Nie używając nawet broni
Czasem sobie myślałem
Że to wszystko jest po nic
Skoro są oni
Nie można było ufać
Nawet uściskom ich dłoni

Grałem na fortepianie
Kontemplując co się stanie
Przyjaciel mój pojechał
Do lepszego świata
Mam nadzieję
Że sie będzie miał z kim bratać
Bo kupił bilet w jedna stronę
Kawal sznura przez cokolwiek
Przewieszony

Stała za mną nierządnica
Gładziła mnie dłońmi po plecach
Zapewniała o miłości
By później wysłać za mną pościg

Nie mogła wiedzieć że wyjdę z tego cało
Już mi przed oczami życie przeleciało
Lecz ktoś czuwał
Jak się jednak okazało

Trudno ją winić
Że wybrała tak a nie inaczej
Nie raz jeszcze w nocy płaczę
Że żyliśmy w takich czasach

Nie każda zdrada złem jest
Na swej skórze to poczułem
Winien jestem dziś powiedzieć
HGW dziękuję