Praise may be to Sailor Moon!

4 listopada 2009

Oryginalnie ten wpis miał wylądować na flakerze, czyli na mikroblogu, z którego mój wycinek widzicie z boku. Podobnie zresztą jak przycisk “Dodaj do śledzika” i inne niewiele znaczące zabawki. Rozpisałem się jednak na tyle, że stwierdziłem, iż wklejanie takiego tekstu na flakera zaprzeczy jego idei. Zacznijmy jednak od tego, że muszę się Wam do czegoś przyznać. Po tym wyznaniu pewnie niektórzy stwierdzą, że jestem gejem, lub że mam inne zaburzenia psychiczne. Otóż w dzieciństwie bardzo chętnie oglądałem Sailor Moon, znaną w Polsce  jako Czarodziejka z Księżyca. Gdy zobaczyłem tę dziewczynę, moje serce zabiło szybciej.

Generalnie nie jestem zwolennikiem ekstensywnego makijażu, a w wielu sytuacjach wręcz jest on dla mnie rażący i nieuzasadniony, jednak w tym wypadku jest to nie tylko makijaż, lecz kreacja, która wymagała nie tylko urody, ale także kompleksowego przemyślenia. Gdyby przypadkiem okazało się, że wśród moich czytelniczek są fanki ekstremalnych metamorfoz, wklejam także film z youtube’a, w którym krok po kroku, ta niebrzydka skąd inąd dzierlatka, pokazuje w jaki sposób osiągnęła efekt końcowy( muzyka pozostawia wiele do życzenia, ale najwyżej ją wyciszycie, a jak mawia mój kolega z grupy “nie moszna mieć wszystkiego”) .

Jak widać w “podobnych filmach” Michelle, o ile to jej prawdziwe imię, specjalizuje się w tego rodzaju przebierankach (choć jest to słowo pozbawione szacunku, jaki zyskała sobie u mnie, stając się moją ulubioną bohaterką z dzieciństwa).

Na koniec pragnę przeprosić, jeśli to co dzisiaj napisałem brzmi bełkotliwie. Wiecie, między jednym kolokwium, a trzema następnymi, banalne rzeczy przestają być takimi. Podkreślmy to jednak ponownie

Chwała niech będzie Czarodziejce z Księżyca!

… i jej żywemu obrazowi. ;)

Responsibility

14 października 2009

Wczoraj byłem w kinie na Galeriankach. Na film ten czekałem odkąd tylko usłyszałem, że powstaje, czyli co najmniej od pół roku. Budzi on skrajne emocje, co widać chociażby po spektrum komentarzy na filmwebie. Oprócz prawd, które wynikają wprost z treści filmu, potwierdza się tu prawo, które od dawien dawna rządzi światem rozrywki – “Jeśli coś <<zagotuje>> choćby część odbiorców, to dobrze się sprzedaje” ( w ciągu siedemnastu dni wyświetlania – prawdopodobnie liczone do niedzieli włącznie – obraz ten obejrzało ponad 312 tysięcy widzów).

Internauci skarżą się na słabą grę aktorską odtwórczyń głównych ról, dialogi nieudolnie naśladujące młodzieżowy slang i tym podobne. Czy można jednak wymagać profesjonalizmu od debiutantek? Jakimkolwiek doświadczeniem dysponują tutaj Magdalena Ciurzyńska (w wersji kinowej Julia, w etiudzie główna bohaterka) i Dagmara Krasowska (Milena), która zagrała dotąd w zaledwie trzydziestominutowej produkcji o jakże ambitnym tytule W krainie jaskrawych zabawek. Drugi zarzut jest o tyle kuriozalny, że fragmentaryczne kwestie z filmu pojawiły się już na płycie O.S.T.R-a wydanej 27 lutego. Znaczy to ni mniej ni więcej tyle, że całość była prawdopodobnie sfilmowana do końca 2008 roku. Slang ma zaś to do siebie, że zmienia się niemal z miesiąca na miesiąc, a ponadto różni się niuansami w różnych regionach i grupach wiekowych.

Jedyny zarzut z jakim po części się zgadzam to za bardzo otwarte zakończenie. W filmie, co prawda nie wszystko trzeba powiedzieć dosłownie, ale popularyzatorzy łatwych w odbiorze seriali i schematycznych produkcyjek, gdzie jak ktoś wygrywa to jednoznacznie, rozleniwili przeciętnego widza. Ze smutkiem przyznaję, że i ja padłem ich ofiarą, bo choć Katarzyna Rosłaniec chciała zakończyć swój film nieszablonowo, nie do końca trafił do mnie sposób w jaki to zrobiła.

Chciałbym się jednak skupić na tych aspektach powyższej produkcji, które zainteresują psychologów i socjologów. Nastolatki sprzedają się – oczywiście nie wszystkie – ale jednak. Mer stwierdził kilka tygodni temu w rozmowie ze mną, że omawiany obraz wyolbrzymia całe zjawisko. Nie mogę się z tym zgodzić. Cztery dziewczęta w słabej klasie niezbyt dobrego warszawskiego gimnazjum, to nie jest liczba przesadzona, chociaż wystarczająca, aby wywołać niepokój lub przynajmniej debatę publiczną.

Konsekwentnie zmierzam do stwierdzenia, że wszyscy jesteśmy rodzicami galerianek. Podkreślam, że nie posądzam każdej gimnazjalistki o prostytucję. Abyście jednak zrozumieli, co mam na myśli, muszę napisać co rozumiem pod pojęciem rodzicielstwa. Otóż rodzicielstwo to dla mnie bezpośredni wkład w stworzenie jednostki ludzkiej, a w późniejszej fazie także wychowanie tej jednostki. Dziecko w pierwszej kolejności uczy się podpatrując. I widzi, że w życiu liczą się przede wszystkim pieniądze, które nigdy nie śmierdzą; że mężczyźni zrobią niemal wszystko o co poprosi półnaga kobieta i że nawet jeśli taka kobieta nie ma żadnego talentu, wystarczy gdy wypnie pupę i poudaje że jej się podoba. Tak tworzą się podwaliny systemu wartości i podświadomość. Kiedy przychodzi czas na wychowanie, mówimy dzieciom że niektóre zachowania są niedobre, ale albo sami robimy to, co okrzyknęliśmy złym, albo zdajemy się na telewizję, która utrwala  hedonistyczne postawy. I koło się zamyka.

Jestem ojcem galerianek. Wszystkich. Czytelniku (Czytelniczko), poczuwasz się do odpowiedzialności za te dziewczęta?

Dreams about indepencence

11 października 2009

Zmieniłem lokalizację bloga. Dla Was znaczy to tyle, że gdy klikacie na konkretny wpis, nie zmienia Wam się adres. Dla mnie oznacza to szereg rzeczy, zaczynając od wydatku 45 złotych rocznie, poprzez lepszą indeksację bloga w wyszukiwarkach i zgrabniejsze odnośniki na innych stronach, na wzroście niezależności kończąc. Teraz to ode mnie zależy jakie nowe funkcjonalności tu wprowadzę. Uczcimy to nieco szowinistycznym wierszem, będącym podsumowaniem poglądów wyrażonych w krótkiej wymianie zdań z koleżanką z grupy (pozdrawiam Anetę ;) ). Wbrew tytułowi nie jest on wymierzony w żadną konkretną niewiastę.

Kobieto (11.10.2009)

Jeśli mam być szczery
Ja znam te twoje numery
Masz coś w sobie z Hery
Tej bogini greckiej
Niebywale niecnej

Intrygujesz
Bo nikt jeszcze nie zgadł
Co naprawdę czujesz
Snujesz też intrygi
Bo choć zwykle piękną jesteś
Usposobienie masz strzygi

Biada nam wielbicielom twoim
Bo przewidujemy swój los
A nadal gotowi dwoić się
Jesteśmy i troić
Byś tylko spojrzała
Lub trochę ciepła
Sławetnego nam dała

HGW, thank you!

3 października 2009

W czwartek widziałem bardzo dobry film. Mianowicie Życie na podsłuchu. Opowiada on historię pisarza z NRD, który pomimo swojego komformizmu jest podsłuchiwany przez Stasi. Przydzielony mu oficer, choć do tej pory zachowywał się profesjonalnie, czyli bezwzględnie, zaczyna współczuć figurantowi. Nie chcę zdradzać założeń fabuły wprost, więc ograniczę się do wiersza, który powstał po powrocie z seansu.

(…)

Zabili człowieka
Nie używając nawet broni
Czasem sobie myślałem
Że to wszystko jest po nic
Skoro są oni
Nie można było ufać
Nawet uściskom ich dłoni

Grałem na fortepianie
Kontemplując co się stanie
Przyjaciel mój pojechał
Do lepszego świata
Mam nadzieję
Że sie będzie miał z kim bratać
Bo kupił bilet w jedna stronę
Kawal sznura przez cokolwiek
Przewieszony

Stała za mną nierządnica
Gładziła mnie dłońmi po plecach
Zapewniała o miłości
By później wysłać za mną pościg

Nie mogła wiedzieć że wyjdę z tego cało
Już mi przed oczami życie przeleciało
Lecz ktoś czuwał
Jak się jednak okazało

Trudno ją winić
Że wybrała tak a nie inaczej
Nie raz jeszcze w nocy płaczę
Że żyliśmy w takich czasach

Nie każda zdrada złem jest
Na swej skórze to poczułem
Winien jestem dziś powiedzieć
HGW dziękuję

"Evviva l'arte" or "Dura lex"?

30 września 2009

Świat kultury i mediów wrze. Wrze za sprawą zatrzymania jednego z najbardziej znanych Polaków – Romana Polańskiego. Jak na nasze polskie piekiełko przystało, zarówno obrońcy reżysera, jak i zwolennicy jego ukarania posługują się argumentami cokolwiek niemerytorycznymi.

Jaki jest mój stosunek do tej sprawy? Złożony. Spróbuję go Wam nieco przybliżyć puentując pewne wypowiedzi i argumenty. Na początek cytat z Seweryna Blumsztajna, który niejako zainspirował refleksje na temat

Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych…

Ciekawe… Artyści zawsze uważali się za szczególną grupę społeczną, już choćby dlatego, że mogli pokazywać prawdę poprzez fikcję. Ich stosunkowi do reszty świata, bodajże najpełniej dał w wierszu Evviva l’arte młodopolski poeta Kazimierz Przerwa-Tetmajer, pisząc

[...]

Evviva l’arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?[...]
Tetmajer miał jednak skłonności do kobiecych wdzięków i alkoholu, przez co zmarł jako zapijaczona ofiara syfilisu. Nie zapominał jednak o swoich słabościach, pisząc
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l’arte!
Zmierzam do tego, że powinniśmy pozwolić historii zweryfikować, czy Polański jest bardziej artystą czy szubrawcem. Naszym obowiązkiem, jako współczesnych jemu, jest dostarczyć przyszłym pokoleniom możliwie dużo informacji na temat jasnych i ciemnych kart jego życiorysu. Obrona w rodzaju Polański wielkim artystą jest i basta!, jest poniżej poziomu krytyki. Bezdyskusyjnie należy oceniać jego winę w oderwaniu od dokonań. Jeśli zaś za argument ku amnestii podają talent reżyserzy i aktorzy, pachnie to tak zwanym kolesiostwem.
Zwolennicy ukarania reżysera powołują się na niedawne zaostrzenie polskiego kodeksu karnego umożliwiające chemiczną kastrację pedofilów. I abstrachując od kwestii czy Polańskiego można nazywać pedofilem, czy nie, jego przestępstwo zostało popełnione w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet kara śmierci orzekana w postępowaniach wojskowych przedawnia się jeśli nie zostanie wykonana w ciągu pięciu lat od jej orzeczenia (odsyłam do angielskiej Wikipedii).
Na rozmaitych portalach roi się od pytań w rodzaju Jak on mógł nie odróżnić trzynastolatki od dorosłej kobiety? Otóż mógł. Bo o ile nie wszystkie 13-latki same pchają się do łóżka, o tyle kiedy się postarają, nie wyglądają, ani nie zachowują się jak przystało na dziecko. W świetle prawa nie jest to jednak istotne.
Podsumowując, Polański powinien odsiedzieć karę, z tym że jakieś trzydzieści jeden lat temu (lub możliwie najkrócej po popełnieniu przestępstwa). Apelować należy zatem nie o pokorę, lecz o rozsądek. Świętym zaś jest oburzenie osób, które piętnują chęć zaistnienia poprzez wsparcie kolegi. Bo penetrowanie dziewczyny, której się ułatwiło start w artystycznym światku – niezależnie od tego czy była ona pełnoletnia czy nie – jest nadużyciem pozycji społecznej. Taki czyn, jeśli nawet nie na karę, zasługuje na potępienie.

Translation

18 września 2009

Zwykle puszczam mimo uszu wszelkie głosy domagające się tłumaczenia moich skromnych wypocin. Dzisiaj jednak postanowiłem zrobić sobie mały trening, albowiem już za dziesięć dni zaczynam studiować filologię angielską. Znając preferencje moich znajomych uczyniłem owo tłumaczenie bardziej dosłownym niż artystycznym, ale nie wszystko dało się przetłumaczyć dosłownie. Nie starałem się też niczego rymować na siłę. Ostatni wers aż się prosił. :P Przed Wami:

Tyrada syna Lucyfera

Ulecz mnie lub zabij
Wiem, że możesz zrobić obie te rzeczy
Zrób coś jeszcze dla mnie
Nie próbuj zaprzeczyć
Zrób co musi być zrobione
Przed czasem
Który musi nadejść

Okaż miłosierdzie
Lub pokaż swą złość
Bo znam Cię jako wielkiego udawacza
Widzisz co ze mną uczynili
Nie musiało tak być
Ale na to pozwoliłeś
Więc widzisz co było nam przeznaczone
To nie sprawa wiary
Lecz uczciwości
Ale Ty nie jesteś uczciwy prawda
Powinienem spytać tych co odeszli

Nie byli Ci nic winni
Poza faktem życia
Ale kto daje i zabiera
Stawi czoła wstydowi
W najciemniejszym z piekieł

Gdzież więc jesteś
Allachu Jehowo Wszechmogący
Siedzisz gdzieś tam i mówisz Wporząsiu
Patrząc jak Twoje dzieci zabijają się wzajemnie
Lecz wiedziałem
Że to wszystko mówię nadaremnie

Long time no see…

16 września 2009

Tak, dawno się nie widzieliśmy. Nie zamierzam Wam tłumaczyć dlaczego. To w końcu mój blog, prawda? No dobrze, nie będę grubiański. Nie pisałem, bo nie było o czym. Czy może raczej w moim życiu artystycznym nie zdarzyło się nic, o czym musielibyście się dowiadywać z tego miejsca. Do dzisiaj.

Albowiem dzisiaj obejrzałem film Traitor (po polsku Zdrajca, gdyby ktoś pytał). Dla mnie była to bardziej opowieść o Bogu, niż o zdrajcach. A raczej o różnych sposobach rozumienia tzw. woli Bożej.  I wiecie co? Albo tem film mnie natchnął, albo gorączka, albo przyrodzome szaleństwo, a pewnie wszystko po trochu. Bo napisałem coś, co trudno nazwać inaczej, niż tyradą syna Lucyfera. Tak też to nazwałem.

Tirade of Lucifer’s Son (16th Sep ‘09)

Heal me or kill me
I know you may do both
And do this one thing for me
Don’t prove me wrong
Do what must be done
Before the time
That has to come

Show your mercy
Or your anger
Because I know you as a great pretender
You see what they made me
It didn’t have to be that way
But you let it to be made
So you see what was our fate
It isn’t the matter of faith
Just of being honest
But you aren’t are you
I should ask all the goners

They owed you nothing
Except for fact of living
But who gives and takes away
Will face his shame
In the darkest hell

So where are you
Allah, Jehovah, the Almighty
You just sit somewhere and say “Alrighty”
Watching your children killing each other
Guess what
I knew you didn’t bother

Restrictions

30 lipca 2009

Zasadniczo dzielę filmy na dwie i pół kategorii. Filmy artystyczne,  rozrywkowe i rozrywkowo-artystyczne. O ile nie zakwalifikuje obrazu do pierwszej kategorii, jestem wyrozumiałym widzem. Bo widz, w odróżnieniu od krytyka filmowego, ma pełne prawo być wyrozumiały.

Kiedy zaczynałem oglądać Karmel Nadine Labaki myślałem, że będę musiał wykazać się właśnie wyrozumiałością. Ot, historia miłosna, której najmocniejszą stroną jest egzotyczna uroda aktorek. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie już na początku było widać zderzenie konwenansów z kobiecą przewrotnością, ale nonszalancja głównej bohaterki (chociażby pokazanie języka policjantowi), dawała efekt nieco groteskowy.

Dopiero, gdy ukazano problemy moralne libańskich kobiet, odebrałem ten film głębiej.  Sytuacja kochanki w żadnej kulturze nie jest komfortowa.  Trudno jest mi jednak wskazać obszar, w którym ingerencja w prywatność kobiet i surowość oceny społecznej jest większa niż w krajach arabskich.

Nie znając filmów tego typu, nie zdajemy sobie sprawy z zakresu wolności osobistej jaką dysponujemy. W zestawieniu ze światem przedstawionym w Karmelu, polskie absurdy zdają się  mało absurdalne, roszczenia europejskich feministek okazują się błahe wobec niezręcznej sytuacji kobiety zmuszonej rekonstruować błonę dziewiczą w obronie godności, a może nawet życia.

Mówi się tyle o upadku moralności w zachodnich społeczeństwach, lecz czy moralność winna wynikać ze strachu przed napiętnowaniem, czy z praw naturalnych?

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na tytuł opisywanego filmu. Otóż, dobry tytuł nie ma prawa zdradzać założeń fabularnych dzieła do którego przylega. Wypada też jeżeli tytułowy motyw przebija się w treści utworu, ale nie jest zbyt mocno wyeksponowany. Łatwo tu jednak przesadzić w drugą stronę. W Tataraku Wajdy prawie nie było widać tataraku. Młoda reżyser, dla odmiany, osiągnęła złoty środek. Parafrazując teoretyków literatury Każdy film artystyczny powinien mieć swój karmel.

Debiut reżyserski Labaki zestawia się z twórczością Almodowara. Tego rodzaju porównania zostawmy jednak krytykom, pamiętając że w sztuce wszystko już było i nie sposób dziś znaleźć dzieło zupełnie niepodobne do innych. Warto skupić się na tym czy polecilibyśmy komuś dany “kawałek sztuki”, zamiast kopiować często przeintelektualizowany bełkot znawców. Jeśli zapytacie mnie, czy warto zobaczyć Karmel, bez wahania odpowiem twierdząco.

Marathon

24 lipca 2009

W ciągu ostatnich 72 godzin obejrzałem w kinie trzy filmy. Tak się ciekawie złożyło, że wszystkie te obrazy były ekranizacjami tekstów literackich. O dziwo, najlepszym z nich okazały się Anioły i demony na motywach powieści Browna. O dziwo, bo konkurencja była nie byle jaka. Były to mianowicie Tatarak Wajdy inspirowany opowiadaniem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz Harry Potter i Półkrwi Książę.

Dlaczego akurat film Rona Howarda był najlepszy? Ukażę to punktując wady jego konkurentów.  Jedyny polski film w stawce wzbudził mieszane uczucia. Szczegóły z ostatnich kilku tygodni życia Jandy z jej mężem, Edwardem Kłośińskim wmieszane w historię fabularną miały ze sobą najwyżej dwa wspólne mianowniki: chorobę Pani Marty i śmierć Bogusia.  Ostatecznie nie do końca wiadomo o czym w ogóle mowa. Miałem wręcz wrażenie, że aktorka pokroju Jandy posunęła się do sprzedawania własnego cierpienia.

I myślałbym pewnie, że lepiej byłoby gdyby reżyser nie czekał na tę właśnie aktorkę, lecz powierzył rolę doktorowej komu innemu. Myślałbym tak, gdyby nie słowa wstępu do filmu wygłoszone przez prowadzącego bialskie spotkania filmowe. Stwierdził on bowiem, że najbardziej sławnemu polskiemu reżyserowi całkiem słusznie zarzuca się przekłamywanie historii. Mniej więcej w połowie seansu pojawiło się w moich myślach zdanie, że artysta nigdy nie kłamie, lecz może używać fikcji, aby pokazać ogólną prawdę, będące parafrazą słów jakiegoś autorytetu z dziedziny szeroko pojętej sztuki. Pomyślałem sobie także, że ekranizacji tekstów literackich może ponadto dotyczyć prawidłowość właściwa ich przekładom, mianowicie: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. Bez wątpienia Tatarak promował jakieś wyższe wartości, jednak – jak na mój gust – ukryto je zbyt głęboko. Stąd też moje ambiwalentne odczucia.

Przypadek najnowszej kinowej adaptacji przygód młodego czarodzieja ukazuje natomiast, że nie wystarczy dobrze opowiedziana historia, aby zrobić warty obejrzenia film. Przed seansem, który rozpoczął się już dzisiaj, bo o godzinie 00:01 miałem przyjemność udzielić wywiadu bliżej nieokreślonym dżentelmenom z kamerą. Zapytany, czego spodziewam się po filmie, odpowiedziałem, że spodziewam się pazura, mrocznej atmosfery, która ewidentnie emanuje z szóstego tomu serii o Harrym Potterze. Takie oczekiwania, wzbudził zresztą zwiastun, który, jak śmiem twierdzić, objął niemal wszystkie ciekawe momenty filmu. Na potwierdzenie tych słów i, aby ułatwić ustosunkowanie się do sprawy w domowym zaciszu już po obejrzeniu Księcia, zamieszczam zwiastun filmu emitowany w polskich kinach.

Przyznacie chyba, że mieliśmy prawo oczekiwać obrazu, który mógłby nawet przestraszyć osobniki o słabszych nerwach. Yates zamiast tego zaserwował pseudokomedyjkę kostiumową, nudną niemal zawsze, gdy braknie podtekstów. A tych jest całkiem sporo jak na film dla młodzieży. Pominę już nieścisłości fabularne, które były widoczne nawet dla kogoś kto książkę przeczytał zaraz po jej wydaniu w Polsce, ale nie biły po oczach. Poza tym pamiętajmy o pięknie i wierności.

Obiektywnie mierny poziom filmu jako całości dziwi zwłaszcza, że za reżyserię poprzedniej części – którą to część wspominam znacznie lepiej niż tę opisywaną obecnie – odpowiada ten sam człowiek. Czyżby poszedł na łatwiznę?

Na koniec przyszła pora na kilka słów o najlepszej z wspomnianych dziś produkcji. Nie czytałem jej literackiego pierwowzoru, ale już scena niszczenia pierścienia rybaka po śmierci papieża, otwierająca film, sprawia bardzo dobre wrażenie. W zasadzie możnaby na tym zakończyć mówienie o Aniołach i demonach. Warto jednak pochwalić konsekwentne prowadzenie widza po fałszywym tropie, aby ostatecznie go zaskoczyć. Widać tu wyraźny postęp od czasu Kodu da Vinci, w którym stosunkowo szybko można było się domyślić kto jest potomkiem, czy raczej potomkinią Chrystusa.

Co może razić, to nadzwyczajna zręczność i przebiegłość zabójcy. Mniemam jednak, że ma to swoje źródło już w tekście powieści.

O czym świadczy zaskakująca nierówność przedstawionych przeze mnie filmów? O tym, że w kinie nie ma nic pewnego. Dobrego filmu nie gwarantują ani uznane nazwiska jego twórców, ani najlepsze ich chęci, ani nawet dobrze napisana książka będąca dla nich bazą. Co ciekawsze, przekładając kontrowersyjną książkę na język filmu udaje się czasem – choć stosunkowo rzadko – wyeksponować coś, poza samą kontrowersją.

Le choc pour le choc

17 lipca 2009

Nie jest dla mnie nowością, że aby zaistnieć w popkulturze należy podziałać na odbiorcę feerią barw, doznań czy czegokolwiek. Właśnie wróciłem z pierwszego w moim mieście seansu Wojny polsko-ruskiej i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tegoż obrazu.

Byłem niezmiernie ciekaw, kim i czym bezustannie zachwycał się Robert Leszczyński w pierwszej edycji Idola (tak, kiedy emitowano ten program, chłonąłem jeszcze popkulturę całym sobą). W kinie obejrzałem właśnie coś, co jest stuprocentowo zgodne z kanonem popkultury właśnie, który streścić można w jednym bezokoliczniku szokować!

Moje uprzedzenie do tego filmu, wynika z niechęci do groteski. Jest to, w moim przekonaniu, konwencja, która wymaga efekciarskich środków. I taka właśnie była Wojna polsko-ruska. Ot, niewinne połącznie Matriksa, Requiem dla snu Bruce’a wszechmogącego, gdzie Szyc (Silny) to jednocześnie Neo i Harry, zaś Masłowska to taki Morgan Freeman (Bóg) w spódnicy.

Czy mam cokolwiek przeciwko wymienionym filmom? Zasadniczo uważam, że były na swój sposób nowatorskie. No właśnie były, odpowiednio  w latach 1999, 2001 i 2003. Serwowanie podobnej mikstury w roku pańskim dwa tysiące dziewiątym jest dla mnie cokolwiek niezrozumiałe.

Mój brat jest zdania, że film jest, jak na polskie warunki, wykonany bardzo dobrze i trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła gdzieś się rozmywa. ale całość przyciąga oko, a chyba o to chodziło.

Kolejną zaletą obrazu jest jego sugestywność. Tę cechę cenię najbardziej. O ile na przykład Juno nie był filmem pretensjonalnym, o tyle ostatnia rzeczą, którą miałem ochotę zobaczyć były narządy płciowe Szyca. Niestety zobaczyłem je kilkakrotnie, co wydało mi się aż nazbyt dosłowne. Mniemam jednak, że to ukłon w stronę żeńskiej części publiczności.

Ponadto, mam wrażenie, że purytańskiej Polsce, trzeba od czasu do czasu filmów na miarę Requiem dla snu. Może w końcu zrozumiemy skąd biorą się narkomani. Dotrze do nas, że za doznaniami można podążać tak uparcie, aby ostatecznie je wypaczyć. Bo czy Siwy, który w gruncie rzeczy szukał dla siebie miejsca poza szeregiem niewolników, nie mógł istnieć naprawdę? Mniemam, że znalazłoby się conajmniej kilku takich jak on.

Mam nieodparte wrażenie, że film ten powstał głównie po to, aby wzbudzić nową falę zainteresowania powieścią Masłowskiej. Publika to kupi. Bo publika od wieków pragnie chleba i igrzysk. Jeżeli wyżej wymieniona książka jest w połowie tak zakręcona jak jej filmowa adaptacja to:

a) boję się po nią sięgać;

b) zamiast pierwszą polską powieścią dresiarską, należy ją nazywać pierwszą polską powieścią ćpuńską.