Prawdopodobnie nie świadczy to o mojej poularności jako blogera zbyt dobrze, ale cieszę się z obu komentarzy pod wczorajszym wpisem. Po pierwsze dlatego, że są one najlepszym dowodem na to, że ktoś jednak czyta to, co tutaj wypisuje, po drugie zaś dlatego, że pochodzą od osób, z którymi, z różnych przyczyn, miałem ostatnio mocno ograniczony kontakt.
Tyle tytułem wstępu, ale nie będzie mniej ckliwie. Może być nawet trochę pretensjonalnie, ale skoro przeżywam tydzień nietypowych wyznań, niech tak będzie. Zobaczyłem dziś dziewczynę. Moją uczelnię można określić mianem sfeminizowanej, więc to raczej naturalne, że widuje osoby płci żeńskiej. Dziewczyna, nie była ani piękna, ani brzydka, ot po prostu przeciętna. Poza jednym szczegółem: promieniowała smutkiem.
Nie lubię negatywnych emocji wokół siebie, choć czasami sam sprawiam wrażenie człowieka zgorzkniałego. Zdobyłem się nawet na kilka słów skierowanych do Dziewczyny. Odpowiadała zdawkowo, wyraźnie pragnąc jak najszybszego zakończenia dialogu. Trudno się Jej dziwić, mało kto szczerze odpowie na pytanie “Czy wszystko w porządku?”, facetowi którego kojarzy najwyżej z widzenia. Z jakichś masochistycznych powodów, których nie umiem sprecyzować, chciałem podzielić troski Dziewczyny. Chciałem mówić jej, że “wiem jak to jest”, choć wiedziałem jak banalne jest to stwierdzenie. Miałem też świadomość, że nie wypowiem tych słów, dopóki Ona nie zaprosi mnie do rozmowy, chociażby przelotnym spojrzeniem.
Kiedy myślę o tym głębiej, dochodzę do wniosku, że chodziło właśnie o Jej oczy. Zwyczajne oczy (nie zapamiętałem nawet koloru), dodajmy. Jednak takie, które w swojej zwyczajności nie zasłużyły na cierpienie, które wyrażały. Patrzyłem na Nią długo, w nadziei, że i ona spojrzy, co nie pozwoli Jej uniknąć wznowienia rozmowy. Myślami jednak była na tyle daleko, że nie mogła mnie zauważyć.
Dlaczego piszę to wszystko? Tego bloga czyta moja rodzina, znajomi, być może też przypadkowi internauci. Po co miałbym zapraszać ich do snucia teorii o tym, że prawdopodobnie znowu zakochałem się bez sensu. Takie teorie mogłyby przecież powstać nawet, a może szczególnie, gdybym temu stanowczo zaprzeczył. Poza tym, przyznanie się do wrażliwości tego rodzaju, jest dziś strzałem w stopę. Wielu z chęcią okrzyknie mnie psychopatą lub w najlepszym wypadku człowiekiem nieprzystosowanym do panujących realiów. Wychodzę jednak z założenia, że to my powinniśmy kształtować realia, a nie realia nas.
Dziewczyna zupełnie nieświadomie sprawiła, że doszedłem do wniosku, iż sytuacja, w której boimy się rozmawiać z drugim człowiekiem, nie jest dobra. Może być uzasadniona, nawet ogólnie akceptowana i praktykowana, ale nigdy naturalna. I tym przemyśleniem musiałem się z Wami podzielić.
Jeśli ktoś dobrnął do końca tej nomen omen żałosnej historii, zapraszam do rejestrowania się na blogu. Dzięki temu, drogą mailową, będziecie dostawać powiadomienia, o nowym marudzeniu prosto spod moich palców
czasem, kiedy zagada obca osoba, jest łatwiej pozbyć się tego ciężaru, który sprawia, że jesteśmy tak smutni, że aż inni to zauważają. brakuje mi obcych osób pytających “czy wszystko jest w porządku?”